sobota, 8 lutego 2014

30. I żyli długo i szczęśliwie w Huntington Beach.

Zbliżał się czerwiec 2006 roku.
  Przygotowania do ślubu trwały na tyle długo, by Lauren doszła już zupełnie do siebie, po operacji, torbiel okazał się łagodny, ale trzeba go było usunąć operacyjnie. Właśnie były w salonie sukien ślubnych na ostatnich przymiarkach, jeszcze 3 tygodnie i miał być ten wielki dzień. Zacky opiekował się malcem, w sumie to pomagał młodemu tacie, który był teraz w domu sekretarką. Co chwile musiał potwierdzać, coraz to większą pierdołę. Po 40 telefonie, wyłączył go, poszedł więc do salonu, gdzie Zacky bawił się w najlepsze.

- Wiesz co?

- Do twarzy mi z dzieckiem?

- Tak, ale nie moim... tak na ciebie patrze, muszę ci powiedzieć, że nie jesteś wcale większy od niego. - Zacky miał żądze mordu w oczach.

- Gdyby małego tu nie było, to bym ci spuścił łomot...

- No dawaj, maluszku.

- Dziecko nie powinno patrzeć na śmierć własnego ojca!

- Uuuu groźny! Chcesz piwa?

- Pewnie, pingwinie.

- Co?! O nie! … wysłała ci to zdjęcie?!

- Nie tylko mi! - zaczął się niemiłosiernie śmiać, potem udawał że chodzi jak pingwin - Co ona ma w sobie, że ubrałeś dla niej frak, wygadałeś jak idiota. - siedział na ziemi i płakał ze śmiechu. Kto by pomyślał, że takiego twardziela jak ty, zmieni taka niepozorna blondyneczka.

- Ja ją zabije. - po tych słowach spojrzał na Zacka, potem na Kevina, który też nie ukrywał rozbawienia mężczyzną tarzającym się po ziemi, sam zaczął się śmiać. - Tak Kevin, ponabijaj się, masz racje. - rozległ się dzwonek do drzwi – JEDZENIE! - otworzył – o!

- Nogi z tyłka ci wyrwę kochanie od 8 rano mówię ci żebyście sobie odgrzali obiad, który zrobiłam, ale nie... po co, będzie się marnować. Ja nie rozumiem, w ogóle nie doceniasz tego że się staram – monolog trwał, Lauren, Matt i Zacky stali jak słupy soli i patrzyli na nią, wreszcie po wyczerpujących kilku minutach mówienia popatrzyła się na nich - O co chodzi?

- Też się ciesze, że cię widzę. - powiedział Shadows, otworzył lodówkę i wyciągał obiad do odgrzania.

- Tak masz racje wyrzuć to...

- Chciałem odgrzać - był przerażony...

- Ale wyrzuć bo i tak się skisło – Hannah się śmiała, Lauren też, Zack już płakał ze śmiechu...

- Kurwa! Ja myślałem że ty oszalałaś... i już się zastanawiałem co ja najlepszego narobiłem, oświadczając się tobie.

- Dziękuje! - dała mu buziaka w policzek. Dzwonek do drzwi, poszła je otworzyć, odebrała pizze i podała chłopakom - my idziemy na górę, zajmiemy się Kevinem.

- Nie zjecie z nami? - spytał Baker wpychając sobie kawałek pizzy do ust.

- Ty musisz dużo jeść żeby urosnąć - zadrwił z niego Matt

- W takim razie, zabieram całą, tobie już niczego nie brakuje. - porwał pizze i uciekł do ogrodu.

  Wesołe popołudnie, potem wieczór, do domu zjechali się znajomi, było grillowanie, rozmowy, piwko.  Po tym spotkaniu, nastały dwa tygodnie odpoczynku i wzmożonych przygotowań do ślubu .

  Słońce bezlitośnie wdzierało się do sypialni, dziwnie było się obudzić przez słońce, nie przez płacz małego.
Zaraz musieli się zbierać, bo rozpoczną się przygotowania do ślubu. Oboje szykowali się w domu, ślub miał się odbyć na plaży, kawałek od centrum i publicznych plaż.

- Boisz się?

- A ty nie? Boje się, cholernie, mam być twoją żoną. - Wtuliła się w niego.

- A ja twoim mężem... damy rade, zobaczysz.

- Matt, ale będzie już między nami dobrze, nie spieprzymy tego prawda?!

- Nie kochanie... ja już nigdy cię nie zdradzę, zbyt wiele mi dałaś, zbyt mocno cię kocham.- wytarł jej łezki i pocałował u usta - muszę się zbierać, chłopcy pewnie już czekają u rodziców, twoi kiedy wpadną?

- Nie wiem, na razie są w hotelu, z niego chyba przyjadą zresztą gości na miejsce. Zaraz ma być Lauren, potem reszta dziewczyn. Będę płakać.

- Ja też.

-Ty nie płaczesz. Zadzwonisz do swojej mamy i zapytasz jak się ma Kevin?

- Dobrze – jeszcze raz ją pocałował, ubrał się, zabrał torbę i poszedł. Bardzo się stresował, napisał jej SMSa

" Kevin ciągle nas szuka, ale nie płacze. A ja coraz bardziej się denerwuje i nie mogę się doczekać, aż zobaczę cię w sukni i będziesz moją żoną. Kocham cię! "

  Szykowaniom nie było końca, ona już po raz trzeci zmywała makijaż, co chwila wybuchała płaczem, że wszystko się sypie. Chłopcom szybko poszło, mogli nawet wypić po piwku na odwagę. Goście popijali drinki, rozmawiali w ogrodzie, kiedy Hannah zobaczyła przez okno, że jest już Matt z chłopakami, omal nie zaszła na zawał. Nie uciekł, jest i czeka przed domem na samochód. Dziewczyny ruszyły zaraz za nimi, potem goście. Po 15 minutach drogi, byli na miejscu, Sanders czekał już, za nim stał Brian, który nabijał się z przerażonego przyjaciela. Cóż role się odwróciły. Matt nie był twardzielem, cały czas coś gadał do chłopaków, aż zaczęli się na niego wkurzać, to zajął się Kevinem bo trochę marudził, słodko wyglądali, mały miał wierną kopie stroju taty. Nawet mieli tak samo ułożone włosy. Wreszcie wszyscy zajęli swoje miejsca, pojawiła się Hannah, w kremowej sukni. Shadows oddał małego jednej z babć i wrócił na swoje miejsce. W tle leciała muzyka klasyczna, Hannah uśmiechała się przez łzy i zbliżała się coraz bardziej do swojego przyszłego męża. Ten dzień, spełnia się, mężczyzna, który mówi, że kocha nie uciekł. Jest i czeka wreszcie będzie miała własną rodzinę. Stali już naprzeciw siebie, prawie w ogóle nie słyszeli przyjaciela, który udzielał im ślubu. Padło to jedno słowo, wypowiedziane z ich ust, no i ten pocałunek... który przeszywał na wylot, jak ten pierwszy na ulicy w Nowym Jorku. Wtedy nigdy by nie pomyślała, że on będzie z nią i że będą razem tacy szczęśliwi.



  Pierwszych kilka godzin to mnóstwo toastów, pocałunków, tańców. Wreszcie kiedy zachodziło słońce uciekli od gości i całego tego szumu.  Szli na boso przed siebie, piasek był taki ciepły, słońce które świeciło tego dnia, mocno go nagrzało. Gdy oddalili się wystarczająco stał za nią i obejmował.  Wyszeptał do jej
ucha słowa piosenki, które były hymnem ich miłości ... 


And we have gone through good and bad times 
But your unconditional love was always on my mind 
You've been there from the start for me 
And your love's always been true as can be 

I give my heart to you 
I give my heart, cause nothing can compare in this world to you

….i żyli długo i szczęśliwie w Huntington Beach.

29. Nie mamy pełnej rodziny

   Deszcz kapiący na parapet obudził Briana, nie bardzo wiedział gdzie się znajduje. Jednak gdy zobaczył obok siebie Matta już wszystko było jasne. Zwlókł się z łóżka, skorzystał z toalety i poszedł na poszukiwanie żony. Otworzył chyba wszystkie możliwe drzwi i zaglądał w każdy zakamarek domu. Zdziwiony brakiem ukochanej poszedł na taras, siedziała na plaży owinięta kocem z kubkiem herbaty. Zszedł do niej, usiadł blisko, patrzył się w dal, tak jak ona, milczeli. Deszcz przestał padać, było jakoś tak dziwnie, cicho i bez uczuć.

- Coś zbroiłem? - zapytał przerywając milczenie.

- Nie, nie. Jak mogłeś tak pomyśleć? Chyba mam zły dzień.

- Może wrócimy do domu? Odpoczniemy po naszych podróżach. Pobędziemy razem.- uśmiechnął się kojąco i objął ją.

- Jakbyśmy teraz nie bywali ze sobą. - nastała dziwna cisza - Przepraszam, źle to zabrzmiało. Sama nie wiem czego chcę. Przytul... - leżeli przytuleni na piasku - Oni są bardzo szczęśliwi...

- My przecież też jesteśmy. Prawa?

- Tak, jesteśmy, ale nie jesteśmy taką pełną rodziną.

- Zaraz możemy to zmienić...- przewrócił się, leżał na brzuchy patrzył na Lauren.

- Boje się, nie jestem też pewna czy jestem gotowa. Czy aby czasem nie chcę dorównać mieć tak jak ona, bo wydaje mi się, że mi teraz czegoś brakuje. Nie chcę znów tego przezywać... tej ogromnej straty.

- Nie mów mi, że chcesz z nią rywalizować, na to kto ma lepszą rodzinę... Lauren, kotku jesteś zdrowa, piękna, mądra i masz mnie, swojego pocieszyciela, przyjaciela, męża i ostoje – pocałował ją w czółko.

- Właśnie... to tak wygląda. Więc po prostu nie chcę. Przepraszam, że tak mieszam. Która jest w ogóle godzina?

- Szczęśliwi czasu nie liczą, chodź na spacer.

- O nie, nie, nie tak mi tu dobrze. Chyba że weźmiesz mnie na barana.

   Wylądowała na jego barkach, szli plażą, ona zakrywała mu oczy, dużo się śmiali, rozmawiali. Zachowywali się jak para nastolatków, przeżywająca swoją pierwszą miłość.

    Kolejne tygodnie mijały, dziewczyny siedziały właśnie w kawiarni, spotkały się na ploteczki.

- Okres mi się spóźnia... - oznajmiła

- Co to pierdzielisz? - wypiła łyk kawy i poprawiła małemu kocyk – byłaś już u lekarza?

- Boje się. Najpierw test.

- To do apteki już! Jej może będę ciocią.

- Ja się wcale tak nie ciesze! Nie chcę być jeszcze mamą, nie ochłonęłam po ostatnim.

- Nie masz na razie pewności. Skończymy kawę i idziemy po test, zrobimy go chociażby w kiblu centrum handlowego.

- Jak będę w ciąży to ją usunę! - popatrzyła na Kevina - chyba nie mam sumienia.

- Idziemy to tej cholernej apteki – ciągnęła Lauren za rękę

- A kawa? - szła potulnie, kiedy zobaczyła żądze mordu w oczach przyjaciółki.

     Jedna sikała na test, druga stała pod drzwiami i cały czas się pytała czy już.

- Bo jak ci tam zaraz wejdę.

- Czekaj, kazali mi czekać 5 min... ale się stresuje.

- Daj spokój, ja mam pietra jakby to moje miało być.

- Ty się już dobrze zrosłaś? - zaśmiała się.

- Mój facet nie narzeka. Zobaczymy jak twój zareaguje. Kurde oni się z nami mają.

- Chcieli egzotyczne dziewczyny to mają.

- Już?!

- Kurwa mać, chwile, zagaduj mnie bo inaczej zemdleje.

- Jakiego koloru miałaś siku?

- Jedna kreska... boże jak dobrze...

- To teraz powinnaś iść do lekarza. Może coś ci się tam dzieje.

- Jestem za młoda na choroby układu rozrodczego.

- Skąd wiesz, lekarzem jesteś? Chodź kupimy coś na obiad.

     Poszły, łaziły po sklepie, rozmawiały sobie o wszystkim i niczym, kiedy wróciły do domu, gotowały żarcie, było tak jak na początku mieszkania w stanach tylko, że co jakiś czas mały człowiek sobie postękiwał. Wieczorem wrócili chłopcy, znów zaczęli siedzieć w studiu i robić demówki, było dużo śmiechu jak to z nim.

   Kilka dni później, Lauren czekała na wynik badania ginekologa, wiedziała że nie jest w ciąży, ale czemu spóźniał jej się okres. W dodatku ostatnio zemdlała, wymiotowała, bała się, nie wiedziała co się z nią dzieje. Dojechał do niej Brian, siedział obok i trzymał mocno za rękę, powtarzając, że będzie dobrze. Wyczytano jej nazwisko, weszła do gabinetu, usiadła na krześle, czekała na wyrok.

- Proszę się tak nie stresować – powiedział łagodnym głosem, miły pan ginekolog.

- Czy to coś poważnego?

- Proszę pani, to jest torbiel, musimy zrobić biopsje. Wtedy będziemy wiedzieli z czym mamy doczynienia. Od jak dawna ma pani objawy?

- Jezu, nie pamiętam, zatrzymanie miesiączki no to teraz, ale wcześniej były, bóle głowy, wymioty, bóle podbrzusza... to trwało z dwa miesiące, ale nie uważałam tego za nic niepokojącego.

- Rozumiem, tu daje pani skierowanie na biopsje, proszę ją zrobić jak najszybciej, z wynikiem wrócić do mnie, wtedy będziemy działać dalej. Przepisze też pani, leki przeciw bólowe, mogą pomóc podczas silnych napadów bólowych. - Wstał uścisnął jej dłoń na pożegnanie - proszę się nie martwić, damy sobie z tym rade. Dowidzenia.

- Dowidzenia. -wyszła cała roztrzęsiona, przytuliła się do męża, niczego więcej teraz nie potrzebowała.

   Wracali do domu,  Lauren była przybita, nie wiedziała co teraz będzie, a jak okaże, że to rak? Może nigdy nie będzie mogła mieć dzieci... Brian zajął się żoną, zrobił jej ciepłą kąpiel, potem pili ulubioną oranżadę podczas oglądania Whose Line Is It Anyway. To był strzał w dziesiątkę, dziewczyna momentami umierała ze śmiechu, aż miło było patrzeć. Potem zasnęła przytulona do niego, uśmiechnięta i bezpieczna w jego ramionach.

28. Mężczyźni + niemowlę

   Minął tydzień, Matt miał ochotę rozstrzelać dzwonek do drzwi. Jedni goście wychodzili, drudzy przychodzili. Właśnie pożegnali rodziców Hanny, mieli jechać do Kim i Garry'ego porozmawiać o byciu dziadkami. Był wieczór, chłodny, dlatego świeżo upieczona mama, stała na tarasie, opatulona ciepłą bluzą. Nie była zmęczona, bycie mamą wręcz dodawało jej energii. Mały nie dawał szczególnie popalić w nocy. Ciągle jeszcze uczyli się obsługi tak małego stwora, było przy tym dużo radości, a opieka nad nim zbliżała ich do siebie. Męczyły ją te ciągłe odwiedziny, te same pytania, te same odpowiedzi. Cała złość do świata i odwiedzin, minęła kiedy ją przytulił, nic już więcej nie potrzebowali. Stali tak, ocean szumiał piękniej niż zwykle.

- Kochanie? -wymruczał jej do ucha, wziął jej dłoń. Całował jej szyje a ona zamknęła oczy, zawsze to robiła, to potęgowała doznania, mogła poczuć coś zimnego w swojej dłoni. (Wolałaby coś ciepłego, na przykład jego penisa... jeszcze nie pora.)

- Matt... -wyszeptała jego imię patrząc na swój pierścionek zaręczynowy.

- Czy będziesz tą, która będzie znosić moje wybryki?

- Chcę być twoją, ale nie chcę znosić wybryków...

- Nie będzie już żadnych, kocham ciebie i kocham naszego syna.

- Gdzieś w dalekiej przyszłości, chciałabym przeżyć ten dzień. Mieć ślub, białą sukienkę, nie mogę w sumie, bo się pieprzymy i mamy seks w każdej innej postaci. Teraz nie mamy, eh. Przytul mnie.

-Bardzo was kocham. - opatulił ją szczelniej swoimi ramionami

-Wiem mój mężczyzno. - w podzięce dała mu całusa.

    Wrócili do domu, wykąpali malucha. Hannah go nakarmiła, Matt zawsze wtedy siedział obok, nie mógł się nacieszyć dzieckiem. Po jedzeniu przejmował go i usypiał chodząc z nim po domu, tulił go i mówił jak bardzo go kocha.

- Pójdę się umyć - pocałowała Shadows'a i synka.

  Matt położył już małego do łóżeczka, sam wrócił na dół i zrobił kolacje. Był z siebie wyraźnie dumny, no miał prawo, nie każdy umie zrobić kanapki z masłem orzechowym.

***

  Brian i Lauren wrócili z eskapady po europie, po pożywnym śniadaniu, prysznicu, spakowaniu prezentów, ruszyli w odwiedziny. Hannah już nie spała, chodziła z synem po domu zastanawiając się jak go właściwie nazwać, mówili na niego junior, mały, brzdąc, okruszek. Ale to takie mało oryginalne. Dzwonek do drzwi, odłożyła go do kojca w salonie. Poszła otworzyć i sprawdzić kto dzwonił. Piski dziewczyn aż obudziły Matt'a za to mały Sanders był nie do ruszenia.

- Czemu nie zadzwoniliście, zrobiłabym wam śniadanie... cokolwiek! Aaa wspaniale że jesteście.

- Nareszcie jacyś normalni goście - rzekł Shadows schodząc po schodach, przywitał się z gośćmi i żoną, potem zajął się synkiem, co z tego, że spał, skoro można przy nim posiedzieć i potrzymać jego małą dłoń.

- Stary nie sądziłem, że taki się zrobisz... tatuśkowy. Podobny całe szczęście do mamy.

- Brian nie podlizuj się i tak będziesz pomagał zajmować się małym - powiedziała Hannah, przynosząc coś do picia.

- Ale jak to? Zostawisz nas samych? - Matt był wyraźnie przerażony.

- Wiesz ile ja czasu się nie widziałam z Lauren, musimy sobie iść pogadać, a wy sobie poradzicie.

- Ale spokojnie kochani, ciocia Lauren musi jeszcze rozdać prezenty.

- Kupiłaś niegrzeczne zabaweczki? - zapytała zaciekawiona mamusia.

- Najpierw to się tam zrośnij, i wróć do normalnych rozmiarów, teraz by się tam armata zmieściła. Potem pogadamy o zabawkach - Oberwała w ramię od przyjaciółki, zaśmiała się i rozdawała torebki z ubrankami dla dziecka. Wszyscy się zachwycali przykładali do malucha, który miał generalnie to bardzo głęboko, spał w najlepsze. Jakieś dwie godziny później dziewczyny się przyszykowały, pożegnały z chłopcami i zniknęły za drzwiami. Poszły najpierw na kawę i plotki a potem zrobić tatuaż.  Hannah chciała zrobić sobie serce a w nim literę "M" na nadgarstku lewej ręki.

Tymczasem w domu Sandersów
- Ej on narobił w pieluchę! - Brian trzymał brzdąca na rękach - Wkładacie go do pralki czy coś?

- Przewiniesz go? - Matt właśnie studiował rozpiskę od Hanny, odmierzał idealną porcje mleka jaką miał podać małemu.

- To twój syn! Ciesz się, że trzymam tego smroda, przystojnego smroda.

- Pedofil...- stał przed synem - dobra mały, czas zdetonować ładunek. - podrapał się po głowie. -  W co cie ta mama ubrała? Jak cie rozpiąć.

- Może gdzieś na górze, ty a tu się nie odczepia przy nóżkach? Ja jebie, to jest zadanie wymagające logiki. - oglądali małego z każdej strony.

- Tobie tego zdecydowanie brakuje.  - Ojciec go przewinął, jednak miał ochotę na jakiś mały psikus wiec rzucił kumpla, pieluszką. - Jesteś już piękny i pachnący synku – wziął go na ręce, pozbierał syf jaki narobił.

- Mówiłem już, że ci odbija na starość... ?

- Też się za tobą stęskniłem, chcesz go potrzymać?

- Nieeee, bo on robi kupę jak go trzymam.

- To go tak nie ściskaj. - oddał koledze syna i nie krył swojego śmiechu, aż oberwał pluszową zabawką.

- Dobra, okej, już jestem grzeczny.

- Chodź na spacer z nim!

- Z tobą? Nigdy w życiu, nie chcę wyglądać jak para gejów wychowująca wspólnie dziecko... nieeee!

-No kochanie, chodź na spacer!

-Preeeecz! Idę mu podgrzać mleko. - śmiejąc się szedł do kuchni.

- Skąd wiesz, że jest głodny? - przyglądał się juniorowi.

- Zaraz usłyszysz jego głodowy krzyk! - ledwie zniknął w kuchni a domu rozległ się donośny płacz.

- Kurwa Shadows, Jezu, jak go się ścisza? - był bardzo zdezorientowany. - No już... zaraz tatuś ta amciu! Boże co ja pierdole... Matt on chce mojego cycka! Ja się go boje!

- Chodź do taty... bo wujek nie umie się zająć takim szkrabem - przejął  małego i zaczął go karmić. Wyglądał nieprzeciętnie rozkosznie!

- Można się w was teraz normalnie zakochać.

- Nawet nie próbuj, ty masz żonę.

- Idiota! Idę po piwo.

  Cóż w świecie mężczyzn dzień wygląda zawsze nieco zabawniej.

27. Cześć synku

Chodził jak debil od ściany do ściany, wreszcie oparł się o nią, przed sobą miał jakiś plakat. Szczęśliwe dziecko na barana u taty, rodzice uśmiechnięci, dziecko trzyma w ręce lizaka, wielkiego i kolorowego. Zastanawiał się czy oni też będą taką rodziną z plakatu bardzo tego chciał. Wyszedł lekarz, był zadowolony.

- Wszystko z nią dobrze? Co z dzieckiem?

- A pan ojcem jest?

- No oczywiście! Co z nimi?

- Powinien Pan sobie rurkę przeczyścić, bo dziecko jakieś takie mało jasne jest.

- O czym pan mówi!?... - aż usiadł na krześle z wrażenia.

- Żartuje, tak zestresowanego ojca dawno nie widziałem. Mama zdrowa, dziecko zdrowe, syna pan ma! Za jakieś dwadzieścia minut, będą już na sali. Gratuluje...

- Dziękuje... ja pierdole.- uśmiech nie schodził mu z twarzy!

  Minęło 20 minut, 30, 40... Hannah była już na sali ze szkrabem, wyglądała lepiej niż czasem o poranku. Czuła się też świetnie, była szczęśliwa, uśmiechnięta, trzymała syna i głaskała go po główce. Nie mogła się nacieszyć widokiem tego malca, ciągle go całowała i mówiła jak bardzo go kocha. Martwiła się tylko o Matt'a. Może stracił przytomność, jak się dowiedział. Mijały kolejne minuty a nikt nie miał zamiaru do niej przyjść. Po kolejnych dziesięciu minutach ktoś wysłuchał jej próśb, najpierw jeden kosz z różami, drugi, trzeci, czwarty, piąty... kolejny i kolejny. Straciła rachubę kiedy wnieśli dziesiąty, ale było ich znacznie więcej niż dziesięć. Wreszcie wszedł Matt, ze skromną jedną różyczką, podszedł do dziewczyny, nadal tak uroczo się uśmiechał. Nic nie mówił, położył różę na szafce nocnej, pochylił się nad nimi.
- Cześć synku... - łamał mu się głos widząc dziecko, już tu było. - Kocham cie... - poleciały mu łzy, szybko je wytarł, przecież musi być twardzielem. - Hannah, moja mała, dziękuje - ją pocałował najczulej jak umiał.  Mały Sanders trochę marudził. Zupełnie jak jego tatuś, tak to wykapany tatuś.

- On chce do ciebie na ręce.

- Przecież ja go zabije... - smerał palcem po jego łapce.

- No w sumie masz racje. Tak maluszek nie pójdzie do tatusia, bo tatuś zgniecie.

- Nie nabijaj się, po prostu się boje nooo. U ciebie jest znacznie bezpieczniejszy.

- No już dobrze, dobrze. Jak zmienisz zdanie to powiedz. Dziękuje za kwiaty - posmerała jego policzek.

- Przestań... ja nie wiem jak tobie się odwdzięczę za to cudo, mój mały synek.

- Mi się tam odwdzięczać nie musisz, miałeś w tym połowę udziału. Przyjemnego udziału.

- Wiesz co? Daj mi go. - ręce mu drżały z przerażenia.

- Żegnaj synku - podałam małego i sama poprawiła się na łóżku.

- Dobrze go trzymam? ... jej nie płacze, lubi mnie.

- Kocha cie. Ja też cię kocham... was, moich dwóch mężczyzn. - Matt usiadł na łóżku obok ukochanej. Troskliwie trzymał małego na rękach, cały czas pytając czy dobrze to robi, był siódmym niebie kiedy maluch zasnął w jego ramionach. Poranek minął im pod znakiem karmienia, przewijania, radości  z każdego nawet najmniejszego gestu, jaki wykonywał ten mały człowiek. Około godziny dziesiątej rano, postanowili powiadomić świat o tym, że Sanders Junior jest już na świecie i ma się dobrze. Zadzwonił do rodziców i przyjaciół z zespołu. Rodzicom Hanny wysłał mms`a. Pożegnał się z narzeczoną i pojechał do domu, żeby się ogarnąć i przywieźć jakieś ubrania dla niej i dziecka. Ona w tym czasie zadzwoniła do rodziców, już rezerwowali bilety żeby przylecieć i zobaczyć wnuka. Potem zadzwoniła do Lauren

- Aaaaaaaaa - wykrzyczała blondynce do słuchawki - dlaczego urodziłaś, weź ja czułam, że jak wyjadę to mi zrobisz psikusa. Jak on się ma, zdrowy jest? Na pewno zdrowy i piękny jak mamusia

- Jak tatuś.

- Jak tatuś to on ma co innego, bo po tobie mieć tego nie może. Rany tak się ciesze, Brian jest w sklepie Disneya, kupuje maluszkowi różne rzeczy, aż jestem zazdrosna!

- Tobie biedaku, nic nie kupił?

- Wystarczy że mnie przywlókł do Paryża! Tu jest cudownie. Ale nic się prawie nie zmieniło od tamtych wakacji.

- Eeee,to nie będę namawiać Matta, żeby mnie tam zabrał. A wy kiedy wracacie, myślałam, że pomożesz mi przy zmienianiu pieluch. A ty się szlajasz po europie... zawiodłaś mnie. Słyszałaś, mały stęka.

- Robi kupkę, fuj - zaczęła się śmiać.

- Nie, on nawiązuje kontakt. Jego ojciec tak twierdzi, że namierza kontakt z bazą, czyli mamą.

- Czyli dojarką.

-Wal sie, dobijaj mnie jeszcze bardziej! Ty... ty, nie będę cie obrażać na odległość, mam dość odwagi, żeby stoczyć z tobą walkę jak wrócisz.

- Jestem taka wspaniała, że nic na mnie nie masz, taka jest prawda.

- Ja ci po prostu nakopie to dupy, aż ci but zostanie, o!

- Ej chce mieć dziecko, mój mąż takie ładne rzeczy kupuje.

- No to już, rzuć się na niego, róbcie to w sklepie, na ulicy, na statku, na moście, w hotelu... wszędzie, najlepiej się nie rozłączajcie. A wasze dziecko, poczęte w Paryżu nazwiecie Paris i będzie cud, miód i orzeszki.

- Przegięłaś – parsknęła śmiechem.

- Kochana muszę kończyć, tą jakże miłą rozmowę z tobą, ponieważ moje dziecko domaga się swojej dojarki... a ty się tam rozmnażaj!  Ale wróć do mnie!

-Też was kocham, papa.

   Jedna zajęła się karmieniem, druga dreptaniem ze swoim mężczyzną ulicami Paryża. On pierwszy raz przyjechał tu z kobietą, którą kocha i w dodatku jest jego żoną. Wcześniej nie robił takich rzeczy, widocznie dopiero Lauren zasługiwała na takie wycieczki. Chciał jej pokazać cały świat, chociaż do tego najlepiej służy globus albo atlas, on wybrał tą inną wersje, jak tylko będę miał wolny czas, wyjeżdżam z moją kobietą! Uroczy jest. Jeszcze bardziej uroczą, a może raczej spontaniczną rzeczą, czy też sytuacją był pocałunek w jakiejś małej uliczce, zaciągnął ją tam, jakby chciał ukryć przed całym światem, jakby bał się, że ktoś możemu ją odebrać. A było wielu kandydatów, francuzi są przystojni. Jednak nawet tuzin francuzów, nie było był dostatecznie dobrych, we wszystkim, tak jak jeden mały Brian. Nastał kres zakupów, wrócili szczęśliwi do hotelu, wzięli wspólny prysznic. Lauren myślała, że to już koniec atrakcji, jednak on miał coś w zanadrzu, poprosił, żeby się ubrała, zeszli na dół, czekał już tam samochód, czarny, mercedes. Szofer zawiózł ich nad przystań, statek, świece, kolacja podczas rejsu. Coś pięknego i cholernie romantycznego. A wiec jednak gwiazda rocka może być romantyczna...czasem nawet bardziej niż jakiś francuski malarz, czy inny pisarz.

26. Ej szkrabie, nie strasz mamusi...

- O czym tak myślisz? - spytała Hannah siedząc na łóżku, obok leżał Matt. Miał rozczochrane włosy, zaspane oczy. Uśmiechnęła się na ten widok.

- O was, o dziecku. - podsunął się bliżej dziewczyny, położył głowę na jej nogach. Pogłaskał jej brzuch. - Cześć, tu tatuś... możesz mnie mało znać, ale jestem przy tobie. Już zawsze będę dbać o ciebie i twoja mamę.

- Auć, ej maluchu nie wierć się tak... - śmiała się, bo dziecko zaczęło mocno kopać. - Cieszy się.

- Z ciebie to chyba będzie facet, tak kopiesz. Jeszcze trochę tam posiedź, żebyś się urodził zdrowy.

- A co jeśli będzie dziewczynka? - przeczesywała mu włosy.

- Oszaleje... nie dość, że to będzie małe, to jeszcze dziewczynka. O nie trzeba się jeszcze bardziej troszczyć... nie dam sobie rady.

- Dasz radę, oboje damy. Pójdę zrobić sobie herbatę, ok?

- Hannah, wrócisz do domu?

- Daj mi chwilę, nie spodziewałam się nawet, że w najbliższym czasie cie spotkam... ja potrzebuje jeszcze trochę czasu.

- Chciałbym po prostu, żebyś była bezpieczna, ty i nasze dziecko.

- Matt...

- Dobrze, już nie naciskam, poczekam. - cmoknął brzuch i wstał. - Masz gdzie mieszkać?

- Tak poradzę sobie, możemy się spotykać... zacznijmy powoli.

- Zaczniemy tak, chcę odzyskać twoje zaufanie i zrobię wszystko. - Ubierał się

- Mogę przyjść wieczorem, jeśli chcesz... albo pójdziemy na spacer.

- Na randkę? Dasz się zaprosić? na niewinną kawę? - puścił jej oczko.

- Nie mogę pić kawy, nie powinnam. Hm, o której mam być?

- Ja przyjadę, jak przystało na mężczyznę. Tylko nie wiem gdzie, jaki jest twój nowy adres? - Hannah nic nie mówiła, nie miała przecież gdzie mieszkać. Myślała o hotelu, ale Matt za dobrze znał HB, żeby się nie zorientować, że podany adres to hotel. - Hannah... nie będzie tak. Nie pozwolę, na to. Wracasz do domu, nie będziesz się szlajać po hotelach. Przysięgam, że nie będę cie dotykał, całował... nie zrobię nic, jeśli nie będziesz chciała. Ale wróć ze mną, chcę mieć pewność, że nic wam nie grozi, tylko tyle.

- Ale będę spać na dole, dobrze?

- Ty na górze, wiesz, że hałasuje zawsze. Będzie mniejsze prawdopodobieństwo, że się obudzisz.  - ich rozmowę przerwał krzyk na dole.

...

  Lauren przewróciła się na swoim mężu, który spał na ziemi.

- Jasna cholera, ty się już nie masz gdzie kłaść? I jeszcze udajesz, że mnie nie słyszysz!

- Nie mam jajek - powiedział głosem wokalisty Bee Gees, śpiewającego przebój "Stayin' Alive"

- Było nie leżeć na ziemi... wstawaj w kuchni jest lista zakupów, trzeba się przejść i kupić coś na śniadanie.

- A prysznic? Muszę się umyć! - każda wymówka jest dobra.

-Nie śmierdzisz, pachniesz damskimi perfumami... masz szczęście, że to moje. Idź do sklepu, proszę.

-Oj żono, żono. - Wstał i podszedł do niej, ucałował i poszedł po listę.

- Pantoflarz.. - powiedział Zacky i oberwał bananem.

- Spierdalaj. Chcesz żreć, to nie marudź - schował listę i poszedł.

   W porze obiadowej, wszyscy się już zmyli z domu Hanerów, oni spędzili popołudnie oglądając film, lub uprawiając seks. Zaś Matt właśnie wpuścił blondynkę do domu.

- Chciałem ci coś pokazać. Pójdziesz ze mną na górę?

- Tak, a mógłbyś zabrać moją torbę na górę?

- Pewnie, ale zaraz, ok? - złapał ją za rękę i poszedł na górę. Otworzył drzwi do jednej z sypialni. Był to teraz pokój ich dziecka, szare ściany i zielone detale. Na ścianach wisiały ozdoby, nie było jeszcze mebli. - Pomyślałem, że sama będziesz chciała wybrać meble, ściany też mogę przemalować.

- Jest piękny... nie trzeba było. - przechadzała się po pokoju.

- Przecież dziecko potrzebuje swojego miejsca. Hannah zostaniesz tu prawda?

- Myślisz, że nam się ułoży?

- Kochanie, ja wiem, że nam się ułoży. Zrobię wszystko żeby cię odzyskać, nigdy sobie nie odpuszczę. Kocham cie.

- Przyniesiesz moje rzeczy? - spojrzała na niego, chciała mu powiedzieć, że też go kocha. Nie miała odwagi, nie wierzyła w to, że on doceni te słowa. Będzie szanował i dbał razem z nią o ich uczucie. On poszedł po torbę z samochodu, Hannah dalej była w pokoju dziecięcym. Była dumna z Matt'a, postarał się.


   Minął miesiąc od powrotu Hanny, mieszkali razem, nie przestawał się starać. Czasem to było aż przytłaczające.

- Wstawaj, słońce już pora do lekarza.

- Jejku no zaraz - wymamrotała blondynka.

- No ale ja się nie mogę doczekać, dzisiaj się dowiemy czy to chłopiec czy dziewczynka.

- Nie dowiemy się, bo ja nie chcę wiedzieć, wolę mieć niespodziankę. - usiadła rozczochrana na łóżku.  Dostała buziaka, już nie miała z nimi problemu. Ich pierwszy pocałunek był ognisty, zdarzył się stosunkowo niedawno. Ale warto było czekać, tak samo na ich seks. Matt chyba nigdy nie był tak czuły i namiętny w łóżku. Czuła się coraz lepiej z nim, wierzyła też, że "kocham cię" to nie są puste słowa z jego strony. Zawsze po tych słowach ją całował, a potem dodawał, że dziecko też kocha, całował brzuch i głaskał. Wieczorami czytał książeczki dla malucha, albo grał na gitarze, wtedy maluch kopał jak szalony.

 40 minut później, weszli do gabinetu lekarskiego.

- Witam, jak się czujemy w 8 miesiącu?

- Jak ciężarówka...

- Chyba pani zwariowała, ma pani brzuszek jak piłeczka tenisowa. To jeden z mniejszych jakie widziałem.

- Czy to coś niedobrego? - Spytał Shadows ze strachem w oczach.

- Nie, nie... spokojnie. Zaraz sprawdzimy co tam słychać. - po kilku minutach wszystko było jasne. - Ktoś tu chyba jest całkiem zdrowy i za niedługo pojawi się na świecie.

- Za jak niedługo?

- Do 5 tygodni, gotowi?

- Tak - powiedział radośnie Matt. - ucałował brzuch - jeszcze chwilę i już będziesz z nami.

- Proszę przyjmować witaminy, które przepisałem ostatnio i do zobaczenia na rozwiązaniu.

- Dziękuje doktorze - uśmiechnęła się, wstała i poprawiła ubranie.  - Do widzenia.

Pojechali do domu jego rodziców, Hannah została zmacana. Wkurzało ją to, ale zaciskała zęby i nic nie mówiła, w końcu przecież każdy się po prostu cieszy, że niedługo mały Sanders pojawi się na świecie.

- Przepraszam na chwilę - wyszła na taras i zadzwoniła do Lauren.

- Hej, co u was?

- Możesz zapytać co u mnie? Tak po prostu... właśnie zostałam zmacana, a nie, to moje biedne dziecko zostało zmacane. Zainteresuj się mną, małą ciężarówką.

- Oj głupia, nie jesteś ciężarówką, najwyżej małym fiatem. Co u ciebie?

- Chcę już urodzić, mam dość ciąży, bólu pleców, nóg, tego, że wszyscy mnie dotykają. Tylko Matt może dotykać.

- A właśnie, co w twoim związku?

- Dobrze, on nie przestaje mnie zaskakiwać, jest opiekuńczy, kochany.

- Widzisz co wyrzuty sumienia robią z człowiekiem?

- Wiem co miłość robi z człowiekiem, on mnie kocha i okazuje mi to codziennie, co chwile. To nie są same wyrzuty.

- Znów go bronisz.

- Lauren, cholera... nim wróciłam do Huntington Beach, to ciągle gadałaś o tym jak to on się nie zmienił, że tęskni, że pyta o mnie i dziecko. Miałam odwagę wrócić do miasta i do niego... nie niszcz mi tego co już mam poukładane w głowie... to niesprawiedliwe. Kocham go, a on kocha mnie. Niedługo zostaniemy rodzicami, a jego wyrzuty sumienia nie mają tu nic do gadania. Tamto co się stało, to przeszłość, teraz skupiam się na przyszłości.

- Po prostu uważam, że za szybko mu odpuściłaś, on może tego nie docenić. Stwierdzi, że raz dałaś mu szansę, to zrobisz tak następnym razem.

- Przestań! Oczerniasz go, przez swoje własne urojenia. Matt się zmienił, kocha mnie i rozumie, że kochając kogoś nie idzie się do łóżka z kimś innym. A uważasz, że twój Brian jest taki święty?

- Tak! i nie masz prawa nawet insynuować, że jest inaczej.

- Znawczyni mężczyzn, najłatwiej jest oceniać innych, ogarnij najpierw swój związek, a potem wpieprzaj się do mojego.

- Ta rozmowa nie ma sensu...

- Masz racje, cześć - powiedziała wkurwiona Hannah i rozłączyła się.

Lauren klęła i chodziła w te i powrotem.

- Nie boisz się, że wydepczesz dziurę w podłodze? - zapytał Brian, który wrócił z psem do domu.

- Czy ty też spałeś z innymi, tak jak Matt?

- Jesteś taka bezpośrednia - zaśmiał się, podszedł do niej i objął ją - nie kochanie, ja nie mam powodu wkładać kutasa w byle kogo. Mam przecież ciebie - pocałował ją.

- I nigdy nie zrobisz mi tego?

- Skarbie nie, co się dzieje? -przytulił ja już, żeby się uspokoiła.

- Hannah mi to zasugerowała i zaczęłam głupio myśleć.

- No bardzo głupio, niech ona pilnuje swojego faceta... -cmoknął Lauren - co powiesz na randkę dziś wieczorem? Tylko ty i ja i włoska restauracja.

- Zjem całą lazanie tego świata... - wymamrotała tuląc się do męża - Jesteś tylko mój

- Tylko twój.

***

Hannah dzwoniła do Pani Haner.

- Lauren przepraszam - powiedziała Hannah gdy tylko ją jej przyjaciółka odebrała telefon. - Spotkamy się?

- Mam wpaść do ciebie?

- Pomożesz mi skręcać łóżeczko. Za godzinę, dasz radę?

- Będę, ej nie powinnaś skręcać mebli. Korzystasz z tego, że Matt'a nie ma w domu i ci nie zabroni?

- Ja wariuje już z nudów, nic mi nie wolno. On schował mi odkurzacz i mopa i wszystko. Jutro wpadnie Kim, żeby posprzątać.

- To ostatnie 3 tygodnie ciąży, on ma koncerty, zrozum go. Dobra ja już jadę do ciebie, zostaw to łóżeczko. - rozłączyła się i jechała.

- Dobrze, że już jesteś. - 30 minut później powiedziała Hannah, zamykając drzwi za Lauren

- A co wody ci odeszły? - podała blondynce ciasto - kupiłam, żebyś miała co zrobić z rękami.

- Spadaj. Dobrze, że jesteś bo mi się nudzi. Wiesz, że jego rodzice zabrali nawet psa do siebie? chociaż praktycznie był już nasz, żebym nie musiała wychodzić z nim na spacery. A jeszcze moi rodzice popierają wszystko co robią Sandersi.

- Naciesz się tym, jak dziecko się urodzi, uwaga wszystkich skupi się na nim, a nie na tobie.

- Będę już tylko cyckiem do karmienia... chodź pokażę ci coś. -złapała ja za rękę i poszła na górę, pokazała piękny pokój dziecięcy, była już komoda, fotel do karmienia. Pomożesz mi z łóżeczkiem?

- Wariatka, pomogę ci... jej pięknie jest, sama to wszystko zrobiłaś?

- Nie, ja tylko skręciłam komodę, pokój naszykował Matt... Uwielbiam siedzieć tu w nocy, pić herbatę i śpiewać maluchowi.

- Fajnie, że tak zrobił... Hannah jak to jest być w ciąży?

- Lauren co to za pytanie?

- Normalne, no powiedz, chcę wiedzieć.

- Wsadź sobie pod bluzkę arbuza.

- Ale ja się poważnie pytam, czy to naprawdę takie wspaniałe dla kobiety?

- Czy ja wiem.. ja mam już serdecznie dość, chcę mieć już dziecko na rękach, patrzeć jak grymasi, jak je, jak płacze, uśmiecha się.  Chcę je już przytulić.  - Zapadła cisza.

- Myślisz, że kiedyś będę w ciąży?

- Dlaczego masz nie być, Lauren, jesteś młoda, masz faceta. Co stoi na przeszkodzie?

- Wydaje mi się, że przestało mu na mnie zależeć, jest jakoś inaczej niż wcześniej. Może już mnie nie kocha.

- No teraz to już jakaś paranoja, pomyśl, jeździ po stanach i koncertuje, sama widziałaś co dzieje się po nich, to jedna wielka kilku tygodniowa impreza... kiedy wraca do domu chce zwyczajnie odpocząć, nie uwierzę w to, że cie kompletnie olewa.

-No nie olewa mnie kompletnie, ale jest jakoś inaczej, chociaż może jest coś w tym, to znaczy, że jest zmęczony. A powiedz jak się tobie układa co?!

-Już myślałam, że ominiemy temat związków, ale widzę, że się nie da.

-Och, naprawdę tak mi przykro - powiedziała z wyczuwalną ironią w głosie - No wiec jak u was?!

- No normalnie, rozmawiałyśmy o tym przecież, chociaż w sumie się kłóciłyśmy.

- Coś ten teges też?!

- Mam ci się spowiadać z mojego życia erotycznego. - Parsknęła śmiechem.

- W sumie pewnie i tak ja mam lepiej - oberwała z pięści w ramie -Ej, żartowałam.

- Jak to, przecież twój mąż już cie nie kocha! - teraz ona oberwała – ne ne ne...

- A kiedy za niego wyjdziesz?!

-Co przepraszam? Ty chyba nie wiesz co mówisz! Niech on się cieszy, że ja do niego wróciłam. Przez najbliższe dziesięć lat nie ma mowy o ślubie!

-A czyje nazwisko będzie miało dziecko?

-A czy to takie istotne? W ogóle nie wiem jak to będzie kiedy ono się urodzi, trochę się boje. Nawet bardzo, a jak on nie będzie mi pomagał?

- Jeśli tak będzie, to ja się wami zaopiekuje. A jemu ukręcę łeb.

- Och tatuśku!

- Sama jesteś tatuśku, ja będę mamusią!

- Ciocią - puściła jej oczko - idziemy na miasto, czy składamy łóżeczko?

- Zakupy, od składania mebli są mężczyźni.

   Więc poszły pobuszować po mieście, było miło, pyszny obiad, potem pyszna kawa, lub sok. Hannah wieczorem wracała do domu, zobaczyła zapalone światło. Pomyślała, że zapomniała je zgasić, jednak w domu okazało się coś zupełnie innego.

-Kiedy wróciłeś?! - wpadła w jego ramiona.

-Całkiem niedawno - pocałował ją i znów ją przytulił – następnym razem jedziecie ze mną!

-Nie, nigdzie nie jedziemy, będziemy pilnować domu. Maluch będzie za mały na podróże.

- Teraz będzie urlop, gadałem z chłopakami i nie szukamy nowych terminów, zostaniemy w domu, żebym mógł się nacieszyć rodziną. Ej szkrabie kopiesz - powiedział gdy tylko dotknął brzucha.

- Cieszy się, z powrotu taty. Pomożesz mi przy łóżeczku?

- Kochanie widziałem co zrobiłaś, prosiłem...

- Oj no bo - pocałowała go, żeby się nie burmuszył, uśmiechnął się i odwzajemnił pocałunek. To skończyło się w sypialni. ...

 Gorące noce i poranki zakończone, teraz Lauren nie może już myśleć, że jej mąż może darzyć ją mniejszym uczuciem. Postarał się, rano śniadanie, potem kąpiel tylko dla żony, teraz szykował niespodziankę w ogródku. Szampan, czekolada i różne owoce. Dodatkowego uroku dodawało słońce, zielona trawa, błękitne niebo, delikatny szum drzew. Tarasowy stolik, przyozdobiony był podłużnym pudełeczkiem z kokardą. Kiedy odpicowana żona, zeszła na dół, obdarowana setkami buziaków, w objęciach Briana poszła do ogródka...

- Wiedziałam, że o czymś zapomniałam! - patrzyła na zastawiony stolik i całą resztę, chłopak oglądał ją z każdej strony.

- Mi się tam wydaje, że wszystko jest dobrze.

- To po co to wszystko? Jakaś rocznica, tak? A ja nic nie przygotowałam, to dlatego rano śniadanie, potem kąpiel to wszystko dlatego...

- Dlatego, że cię kocham i że się stęskniłem, nie potrzebuje specjalnej okazji, żeby sprawić ci przyjemność i pokazać jak bardzo kocham. Siadaj i już się nie martw niczym. Zresztą to nie koniec niespodzianek...

- A jak będę miała przedwczesny zawał, przez te twoje niespodzianki?

- To chętnie cię zreanimuje, bardzo chętnie. - Nalał szampana, wypili za wspólne szczęście. Nawzajem jedli owoce umoczone w czekoladzie, potem nie tylko owoce były w czekoladzie, ale szybko uporali się z ubrudzonymi częściami ciała. Wtedy pozwolił Lauren otworzyć prezent.

- Zanim to otworzysz, zanim będziesz na mnie patrzeć z przerażeniem powiedz, że się zgadzasz.

- Ale, ale... ja nie wiem czy się zgadzam, a jeśli tam jest coś strasznego?

- Jeśli kawałek papieru cię przeraża, to lepiej nie otwieraj... proszę, bardzo mi zależy.

- Mogę najpierw otworzyć? Albo chociaż odwiązać kokardkę, ona tak ładnie na mnie patrzy.

- Ja też ładnie na ciebie patrze...- oczy spaniela w jego wykonaniu były nadzwyczajne.

- Zgadzam się!! - szybko otworzyła pudełeczko, patrzyła na niego z przerażeniem - Kocham ciebie i twoje niespodzianki.- wskazał palcem na usta, jako sposób podziękowania, Lauren nie wahała się długo, za to długo trwał pocałunek.

- Ale dlaczego Paryż? Przecież to daleko...

- Co z tego, że daleko, tam jest romantycznie. Ostatnio cię zaniedbałem i wstyd mi za to. Miałem tyle pracy, że brakowało mi już siły na wszystko, ale teraz wróciłem i będę nadrabiał zaległości. W podobno najbardziej romantycznym miejscu.

- A pojedziemy na samą górę, na wieżę? I dostanę balonika z helem w kształcie serca, a potem popłyniemy statkiem, tam będzie taki skrzypek stał i grał miłą muzykę a my będziemy sobie patrzeć w oczy przy świetle świec i jeszcze będziemy trzymać się za ręce... tak będzie?

- Kocham cię!

- Rany romantyczna wycieczka...

   Spędzili popołudnie na przytulaniu się, planowaniu pobytu we Francji. On nie przyznał się, że ma w zanadrzu jeszcze kilka innych atrakcji, wolał zostawić niespodzianki na później.
   Matt wolał to przeczekać, czekając przeglądał różne strony internetowe, oraz fora, związane z ciążą, dziećmi, kobietami w ciąży i tych nieszczęsnych przyszłych ojcach. Biedni zagubieni w dziwnym świecie, który stworzyły sobie zapylone dziewczyny. Wielu mężczyzn obecnie szczęśliwych ojców, mówiło o tym samym co teraz przeżywała jego blondyna, czyli nadmierne sprzątanie, marudzenie, wiele innych rzeczy, dzięki którym aż chce się uciec z domu. Jednak on był cierpliwy, wolał spokojnie poczekać aż jej przejdzie. Z drugiej strony, każdego kolejnego ranka bał się, że zostaje przecież coraz mniej dni, przecież niedługo będzie ojcem, a co jeśli sobie nie poradzi? Przecież ma być odpowiedzialny za małego człowieczka. Kiedy Hannah skrupulatnie wycierała po raz enty komodę z kurzu coś ją zabolało... na początku się wystraszyła, ale kiedy ból minął dalej nuciła coś pod nosem i wycierała coś to tu, to tam. Nastał cudowny czas, dziewczyna odłożyła wreszcie ścierkę, stęskniona za przytulaniem się do przyszłego tatusia.

- Bardzo masz mnie dość?

- Tak tyci tyci. - objął ją i smyrał po ramieniu.

- Jakbym cię nie znała,to bym się obraziła. Ej, przeglądasz poradniki dla rodziców, jak uroczo.

- Uroczo? Ja oszaleje zaraz, nigdy się tak nie stresowałem. A jeśli będę złym tatą?

- Skoro nie jesteś takim złym życiowym partnerem, to ojcem będziesz dobrym.

- Nie taki zły? Byłem pewien, że jestem teraz super partnerem.

- Czasami zawodzisz, raz zawiodłeś. Odejmując to, będziesz super, ekstra tatusiem... tylko wiesz czego się boje?

- Porodu?

- Głupi jesteś, boje się, że wszystkie mamuśki będą cię podrywać na placu zabaw. Bo ostatnio, babki lubią sobie poderwać tatuśka, z placu zabaw.

- Ja już nie mam zamiaru podrywać, ani być podrywanym. - Skradł jej całusa, był z tego powodu bardzo zadowolony, a jeszcze bardziej kiedy dziewczyna odwzajemniła buziaka, tak się miło bawili.
Matt zajął się meilowaniem, a ona znów poczuła ból, znacznie mocniejszy.

- Ty rozrabiako, nie kombinuj co? Nie strasz mamusi. ... Matt! Matt! - chłopak znalazł ją przed schodami.

- Co ... tu, ale... co... jak...

- Wody mi odeszły...

poniedziałek, 3 lutego 2014

25. Nie spieprz tego...

 Pakowała tam swoje rzeczy. Żegnała się z kobierą, u której się zatrzymała.

- Pamiętaj, zrób to co podpowiada ci serce.

- Dziękuje bardzo za przechowanie, za pomoc i rozmowę. Nigdy pani tego nie zapomnę - przytuliła przemiłą staruszkę, która ugościła ją jak kogoś z rodziny. Opowiedziała swoją historię. Słowa siwej babci nie opuszczały Hanny od zeszłej nocy, kiedy zapłakana dotarła pod tej dom, skuszona tabliczką "pokój do wynajęcia".
Ruszyła w dalszą drogę widząc machającą staruszkę w lusterku. 
"Dziecko, ja też byłam młoda, zakochałam się bez pamięci. To był mężczyzna, który rozpalił moje serce, a potem sam je złamał. Wybaczyłam mu, ale nie wróciłam, nie miałam odwagi. Ciągle prześladowała mnie myśl, że mnie znów skrzywdzi. Spotkałam go kilka lat temu, ledwo go poznałam, chorował. Zmarł miesiąc po naszym spotkaniu. Dostałam list od jego brata, napisał w nim, że żył samotnie, bo po moim odejściu nic nie miało już większego sensu. Że nadal jestem piękna, tak sobie mnie wyobrażał, żw mimo upływu lat nadal będę wygldać jak ta Jeny, którą poznał gdy miała 20 lat. Hannah jeśli chociaż raz przeszło ci przez myśl, żeby wrócić do niego... wracaj, on to doceni. Jeśli mogłabym cofnąć czas, pochowałabym męża, a stało się tak, że byłam na pogrzebie mojej niespełnionej miłości. Wy tym bardziej macie się dla kogo postarać"
Pamiętała dokładnie każde słowo, zatrzymała się na światłach i głaskała brzuch.
- No i co ja mam teraz zrobić? Pomóż mi. Przecież go kochamy. - ruszyła z piskiem opon, gdy ktoś w końcu na nią zartąbił, przeprosiła awaryjnymi i jechała dalej.

3 miesiące później
Kiedy była jakąś godzinę drogi od Huntington Beach, zadzwoniła do Lauren.

-Dzień dobry?!

-Cześć! jak dobrze, że się odzywasz, znów tak długo nie dawałaś znaku życia.

-Kiedy spotkamy się na kawie i ciastku z kremem? Mam ogromną ochotę. Ja i moje dziecko.

-Jak wrócisz, to jedyny warunek.

-Pasuje ci za dwie godziny? - spytała z niekłamaną radością w głosie, to chyba słońce w Kalifornii tak na nią działa.

-CO? Wróciłaś?! to, ale... o matko! Tak tak ta!

- Mam jakieś 40 minut do ciebie. To co?

-No tak! czekam! Jestem sama, Brian dopiero jutro wraca z trasy, zostaniesz na noc, pogadamy opowiesz wszystko!

-W takim razie masz mi użyczyć swojej wanny! Chcę ciepłą wodę i dużo piany!

-Masz to jak w banku! Aaaaa! Tak się ciesze, że wracasz!

-Bo się posikasz! a to ja mam problemy, maluch mnie ciśnie. Dobra ja kończę, pogadamy jak przyjadę. - rozłączyła się

 Mocny uścisk, ciepła herbata, ciepła kąpiel, ciepły kocyk i przytulna kanapa, kojąca muzyka i długie rozmowy. Wieczór mijał powoli, jakby ktoś specjalnie dla nich zwolnił czas. Hannah pokazywała zdjęcia opowiadała najróżniejsze historie, wszystko brzmiało wspaniale. Przerwał im Brian, który wrócił z kumplami do domu. Zerwały się na równe nogi.

- Lauren obiecałaś... - rzuciła oskarżycielsko.

- Oni mieli wrócić jutro, Hannah to nie tak.

- Mówi prawdę, mieliśmy wrócić jutro, ale odwołali nam jeden koncert. Fajnie, że jesteś - Brian jako pierwszy przytulił blondynke. - Musiałem się dzielić z tobą moją żoną.. zapamiętam to sobie. - jeszcze mocniej ją przytulił, był czasem kutasem dla niej, ale wiedziała,  że on ja lubi.
Reszta zgrai też wyściskała blondynkę, Matt stał z boku jak ciołek, zawieszony w czasoprzestrzeni, wpatrywał się w Hanne swoimi zielonymi oczami. Jakby przygasła, powiedziała tylko skromne „cześć” i poszła na górę do pokoju w którym miała spać.

- Będziesz tak stał, czy pójdziesz do niej?

- To nic nie da, ona mnie nienawidzi...

- Rusz dupę i idź do niej... - warknął Brian.

- Jakby chciała porozmawiać, to by powiedziała. - spojrzał w stronę schodów tęsknym wzrokiem.

- Shadz, idź, po prostu idź. - Rev jak zawsze w takich sytuacjach, był oazą spokoju.

Długo się zastanawiał, wszedł na górę, niepewnie otworzył drzwi, siedziała na łóżku.

- Mogę?

- Skoro już się pofatygowałeś i wszedłeś na górę.

- Posłuchaj, ona, to nic dla mnie nie znaczyło.

- Zaczekaj. Po pierwsze, nie interesuje mnie czy ona była dla ciebie ważna czy nie. Nie chce też znać, intymnych faktów.

- Tęsknie za tobą...

- Dlaczego jeden raz ci nie wystarczył?  - znów ich oczy się spotkały, on ciężko westchnął

- Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie... nic. Może tylko to, że cie kocham...

- Jak możesz mówić takie słowa ... ty nie umiesz kochać. - pękła i poleciały jej łzy.

- Hannah... proszę, nie płacz. - Kucnął przy niej, złapał jej dłoń, drugą trzymała na brzuchu, spojrzał na nią z dołu.

- Dlaczego nie umiem przestać cię kochać? dlaczego... - pogłaskała jego policzek, z lekkim zarostem.

- Bo to co czujesz jest prawdziwe.

- Co byś zrobił na moim miejscu?

- Nie wiem. - pocałował jej dłonie. - mogę? - spojrzał na nią a potem na brzuch. - Nie płacz, nie jestem wart tych łez.

- Tatuś chce sie przywitać - gdy jej dotknał, jej serce zapłonęło. Przeczesała jego włosy - trochę urosły...

- Doprowadzę się do porządku, jeśli chcesz...

- Chce, boje sie, ale bez ciebie jest jeszcze gorzej.

- Zrobię wszystko, żeby odbudować twoje zaufanie do mnie. Kocham cie.

- Ja ciebie też - głaskała go po głowie, po policzkach leciały kolejne łzy. Matt usiadł obok niej na łóżko i wzią ją na kolana, następnie w swoje ramiona. Tylko tam umiała się uspokoić.

  Lubiła noce takie jak te, kiedy można siedzieć w fotelu, przy otwartym oknie, patrzeć na gwiazdy. Dłonie ogrzewając kubkiem, gorącej, herbaty. Podchmielone towarzystwo zasnęło na kanapach, łóżkach i podłodze. Spojrzała na niego, spał na łóżu, ona powinna być obok, ale jeszcze tego nie chciała. Wróciła niepewność, czy na pewno zrobiła dobrze. W końcu ją zdradzał. Ale chyba dostał nauczkę, może rzeczywiście bardzo ją kocha. Podobno się martwił... owszem, często dzwonił, pisał, jednak ona milczała. Czy zdradę można tak do końca wybaczyć? Jeśli będzie chorobliwie zazdrosna,. to przecież będzie katastrofa. Myśli same przychodziły, a było ich sporo. Chciała żeby wszystko samo się ułożyło.
Spadająca gwiazda, wypowiedziane życzenie. Oby się spełniło.

- Ejj, czemu nie śpisz? - usiadł na łóżku i patrzył na nią.

- Sama nie wiem, tak sobie myślałam o różnych sprawach.

- O tym jakim dupkiem jestem?

- Tak o tym też ale z drugiej strony, jesteś najfajniejszym dupkiem jakiego znam.

- Hej... - złapała się za brzuch i uśmiechnęła.

- Coś cię boli? - spanikował podszedł do niej i kucnął, ona położyła mu dłoń na brzuchu, poczuł ruch.- czy to?!

- Mhm, właśnie zaczęło.

- Znów mnie kopnęło - jego radość była nie do opisania. - A teraz tu, może to bliźniaki!?

- A może nasze dziecko ma po prostu dwie nogi, co? - cały czas się uśmiechała -  brakowało mi ciebie.

- Wiesz, pewnego dnia, miałem wrażenie, że jesteś blisko...

- Chyba za dużo wypiłeś przed koncertem.

- Może... ale nie robiłem już głupot, nigdy więcej nie zrobie, przysięgam.

- Nie spieprz tego... - chciał ją pocałować, ale się odsunęła. - przepraszam.

- No coś ty, rozumiem. - pocałował za to jej brzuch i wracał do łóżka. - Jeśli... wolisz pójdę na dół.

- Zostań, ja i tak nie zasnę. - spędziła resztę nocy w fotelu. Matt nie mógł spać, męczyło go to, czy uda mu się odbudować jej zaufanie.

niedziela, 2 lutego 2014

24. Warmness on the Soul

   Kompletnie nie wiedział co robić, dzwonił do niej, ale nie odbierała. Ubrał się i poszedł do Zacka, poprosił go o pomoc.

- Mówiłem! Tyle razy ci zwracaliśmy uwagę, że nie powinieneś, a już tym bardziej gdy dowiedziałeś się o ciąży. Masz teraz za swoje.

- Pierdolisz, ty taki święty byłeś? ... jebałeś co popadnie, byle się spuścić.

- Uważasz, że jesteś lepszy ode mnie, bo ty miałeś tylko jedną? Zjebałeś, nie da się ukryć... teraz wypij piwo które sobie nawarzyłeś!

- Chciałem żebyś mi pomógł... - przejechał dłońmi po twarzy, coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił. Wyszedł od Zacka, wrócił do swojego pokoju i pakował rzeczy, siedział sam, z telefonem w ręce, myślał o tym, że przecież kocha Hanne, a tak ją skrzywdził, co będzie jeśli mu nie wybaczy? Na pewno mu nie wybaczy. Przecież jest w ciąży, wszystko popsuł.

  Hannah wróciła do domu, pakowała swoje rzeczy, ale tylko najpotrzebniejsze, nie zamierzała zabierać wszystkiego, niech sam się ich pozbędzie, albo da swojej nowej dupie. Zadzwoniła Lauren.
- Och błagam, tylko nie ty... nie teraz. - Odebrała.

- Cześć, szukam cię i szukam. Gdzie jesteś?

- W domu.

- Co ty mówisz, przecież Matt jest tutaj, wiec ty też musisz być.

- Wcale nie musi mnie przy nim być, ma kolejną w zastępstwie za mnie.

- Przestań, co ty pieprzysz, nie wytrzeźwiałaś jeszcze?

- Jestem w ciąży i nie pije, Lauren... niech Matt ci wytłumaczy, ja nie mam na to siły. Jedyne co mogę powiedzieć to żegnaj... - rozłączyła się i wyłączyła telefon.

  Włączyła go kilka godzin później na stacji benzynowej, przy wyjeździe z miasta. Jej plan? Jechać przed siebie, wynajęła samochód i jechała byle dalej. Miała dziesiątki wiadomości, nieodebranych połączeń.

" Kochanie, wiem, że to co zrobiłem jest niewybaczalne... bardzo żałuję i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie... Pamiętaj tylko, że zawsze kochałem tylko ciebie. Dbaj o siebie i dziecko... tęsknie... zawsze będę tęsknił i kochał was. " 

- Ja też cię kocham Matt... i to jest mój błąd. - Długo biła się z myślami, jest naiwna, zawsze to wiedziała, nie chciała do niego wracać, ale dowiedzieć się dlaczego... zrozumieć. Pojechała do ich domu. Zatrzymała samochód i miała wysiadać kiedy zobaczyła Matta rozmawiającego przed domem z jakąś laską. To musiała być ona, kiedy go pocałowała, jej serce pękło kolejny raz. Ruszyła z piskiem opon.
 Chłopak spojrzał za samochodem, odepchnął dziewczynę od siebie.
- Mówiłem, że z nami koniec przestań się do mnie kleić, spierdalaj stąd!

- Lubie jak jesteś taki, w łóżku też byłeś taki ostry... - jej słowotok przerwała dłoń Matt'a na jej szyi, mocno ją zacisnął. Szybko puścił.

- Idź - wycedził przez zęby... - zniknij z mojego życia, daj mi spokój! -popchnął ją tak, że stała już na chodniku a nie na ścieżce do drzwi jego domu. - Won! zanim cie zabije...- dziewczyna uciekła.

***
    Minął pierwszy miesiąc małżeństwa, całkiem dobrze im szło, czasem tylko Brian się wkurzał, że Lauren tak martwi się o przyjaciółkę. Tłumaczenia, że ona po prostu w taki sposób, musi ochłonąć po aferze z Shadows'em nic nie dawały. Dziewczyna była w trakcie szykowania kolacji, kiedy wrócił mąż, przytulił ją.

- Cześć milczku...

- Nie dzwoniła do mnie.

- Błagam cię, nie zachowuj się jak jej matka. Ona jest dorosła, postanowiła zniknąć, to trudno, tutaj nie ma przyszłości. Chociaż Matt i tak się zmienił.

- Ona jest w ciąży, jeździ samochodem po stanach i nie daje znaku życia od 3 tygodni, przecież tyle rzeczy mogło jej się stać!

- Właśnie mogło, ale nie musiało.

- Po porostu się martwię.- mocniej się do niego przytuliła - dlaczego ona ma zawsze pod górkę?

- Nie wiem, ale wszystko się ułoży zobaczysz.

Zadzwonił telefon.

- Cześć, przepraszam że nie dzwoniłam, ale jestem na jakiejś wsi i nie ma tu prawie zasięgu.

- Ja prawie umarłam ze strachu! Jak się czujesz? Z dzieckiem wszystko dobrze?

- Nie panikuj kobieto, mam się dobrze, dziecko też. Jestem w małej mieścinie to chyba Battle Mountain. Zimno tu jest, ale zatrzymałam się u sympatycznej rodziny. Jutro ruszam dalej. Jadę na wschód.

- Proszę cie, wracaj już, Brian się na mnie wkurza, że tak się martwię, ale po prostu boje się, że ktoś może ci zrobić krzywdę!

-Lauren przestań! Nie wygaduj durnot bo się rozłączę, wrócę jak postanowię wrócić. A ty nie panikuj! Co w ogóle u was?

-Jakoś leci, mam kolejny zespół z którym pracuje. W sumie to nic szczególnego się nie dzieje. Twoi rodzice dowiedzieli się o tym że nie jesteś już z Mattem.

-Powiedziałaś im? Nie no w sumie spoko i tak, prędzej czy później by się dowiedzieli.

-On jest strasznie załamany...

-Nie, błagam... sam tego chciał.

-No ja wiem ale, może powinnaś z nim jeszcze pogadać.

-O czym? Dobra ja kończę, bo nie chcę o nim gadać. Zadzwonię jutro, albo pojutrze. Trzymaj się, moja mężatko

-No papa...

***
Hannah wzięła głęboki oddech, weszła jako jedna z ostatnich osób. Przez godzinę słuchała jakiegoś innego zespołu, modląc się, żeby to darcie mordy się skończyło. Gdy po 10 minutowej przerwie światła zgasły ponownie, zakręciło się jej w głowie. Każdy dźwięk gitary, każde słowo śpiewane przez Matt'a docierało do każdej komórki jej ciała. Stała z tyłu sporej sali, głaskała swój zaokrąglony brzuszek.

- To twój tatuś... - zamknęła oczy i popłynęły jej łzy. Nie wiedziała jeszcze, że za chwile będzie tylko gorzej. Matt zaczął grać na fortepianie pierwsze dźwięki Warmness on the Soul, po prostu eksplodowała płaczem. Ktoś stojący obok niej ją przytulił, szybko wyrwała się z objęć i po prostu wybiegła.

- Hannah! - krzyknął Larry, dziewczyna odwróciła się i zobaczyła menadżera podbiegającego do niego. - Co ty tu robisz...

- Nie mów mu... nie mów, że tu byłam, Matt nie może się dowiedzieć.

- Ale, on bardzo żałuje...

- Powiedz mi tylko, jest z nią dalej? ...

- NIE! nie prowadza się z żadną panienką, on się zmienił... jemu zależy na tobie i dziecku. On cię kocha.

- On nie zna mocy tych słów. Nie rozumie ich znaczenia... nie mów mu, że tu byłam. - zniknęła za drzwiami, poszła do swojego samochodu i ruszyła w dalszą drogę.

23. Na imprezie było wspaniale, kiedy się znów zobaczymy?

- Cały wieczór mi gdzieś uciekałaś.

- Jestem druhną miałam swoje obowiązki, ale wiesz? Stęskniłam się.

- Ja za tobą też, w ogóle to pięknie wyglądasz.

- Jasne, ty już nie słodź. Dostałeś opieprz, przed ślubem, ale nie musisz się tak podlizywać.

- Oj no, muszę jakoś się znów wkupić w twoje łaski.  Może pojedziemy do pokoju, prześpisz się. Na pewno jesteś zmęczona.

- Nie, jeszcze zostańmy. Jest taki ładny wieczór - objął ją i złapał za rękę - do czego zmierzasz?

- Zatańczymy?

- Ty nie tańczysz...

- W sumie to nie, ale w życiu trzeba spróbować wszystkiego. To co? - ona położyła rękę na jego ramieniu, tańczyli patrząc sobie w oczy. Kiedy piosenka się skończyła, posadził ją na barierce tarasu, objął i całował było namiętnie. Jednak koniec nie był taki, jakiego się spodziewacie.

- Dokończymy później. - powiedziała mu do ucha, będąc dalej w jego objęciach.

- Zrobimy sobie naszą noc poślubną?

- Zaczynamy od samego końca, piramidy związku. Najpierw zaszłam w ciąże, teraz będzie noc poślubna. Ile będę czekać na ślub?

- Po co czekać? Możemy to zrobić zaraz. Jedźmy do Vegas!

- Nie, nie, ja nie Britney, poczekam, zresztą mi papierek i ta cała impreza nie jest potrzebna.

- Jest dobrze tak jak jest - pocałował ją, pomógł zejść z barierki i wrócili do przysypiających, na krzesłach, gości.- No to po imprezie.

     I tak dobiegł końca, jeden z najlepszych dni w życiu Lauren. Teraz podobno miało być już tylko lepiej, podobno.

 Rano w hotelu, każdy przeklinał dzień w którym się urodził. Kac i zmęczenie dawało się we znaki, nawet ćwierkanie ptaków, doprowadzało do szału. Zacky zaczął krzyczeć, kiedy obok siebie zobaczył mężczyznę.

- Co ty tu robisz, wypierdalaj! Gdzie jest Gena?

- Mmmm, cicho durniu. Nie wiem gdzie ona jest, nie wiem gdzie ja jestem...- Rev otworzył oczy - Oooo cześć.

- Zgubiłem dziewczynę! - złapał się za głowę - po co ja krzyczę... a może ja się z nią wczoraj pokłóciłem?

- Ja wczoraj byłem na innej planecie! - okrył się kołdrą.

- Ty całe życie jesteś na innej planecie! - ubrał spodnie - nie uprawialiśmy seksu?

- Nawet jeśli, to było tak beznadziejnie, że nie pamiętam - zaczął się śmiać i oberwał plastikowym jabłkiem.

- Idź szukaj tej jaskini, dla twojej parówy- dalej niemiłosiernie się śmiał, nic nie dało obrzucanie go plastikowymi owocami z talerza, który leżał na stole - skończyłeś? Bo chciałem jeszcze pospać!

- Idiota, debil, dupek, mały fiut!

- Oooo nie za to ostatnie, to ci się oberwie!- wyskoczył z łóżka i rzucił się na niego, bili się i piszczeli jak małe dziewuszki, weszła Gena.

- Co wy wyprawiacie? W całym hotelu was słychać...

- Ooo Kochanie!

- Ty mi nie kochaniuj! Zarzygałeś mi wczoraj sukienkę

- O rety przepraszam, ale to odda się do pralni. Ja w ogóle nie pamiętam co się wczoraj działo! Ślub był tak?

- No twój, nie pamiętasz? Gena to twoja żona! -powiedział Rev, schodząc z Zacka- pójdę poszukać swojego pokoju!

- Jesteś moją żoną? - podrapał się po głowie, a potem po jajkach.

-Ale wy jesteście durni! Co jeden to gorszy!

-Wcale nie, ja po prostu byłem pijany! - wstał z podłogi i otrzepał tyłek- gdzieś ty się podziewała?

-Spałam z rodzicami Briana. Nie wiem czemu, nieważne. Zamówię śniadanie. - jak powiedziała tak zrobiła.

    Obsługa niosła śniadanie do pokoju pary młodej. On już nie spał, patrzył na swoją żonę, był niesamowicie szczęśliwy, wygrzebał się z łóżka i odebrał jedzenie, dał napiwek, wrócił do Lauren.

- Wstajemy, żono kawa stygnie.

-Nie, nie, nie ja chcę spać. I w dodatku brzydko mnie obudziłeś.

-Oj jaki zły jestem, jak mogę to naprawić, och już wiem... - Odłożył tackę z kawą na nocną półkę. Zakradał się pod kołdrą do żony, całował ją i dobierał się do niej. Dorwał się do jej gorącej, mokrej kobiecości... liznął raz usłyszał jak zamruczała. Rozchylił jej wargi i zaczął intensywnie pieścić łechtaczkę. Zataczał kółka, potem pieścił ja swoimi ustami a język wbijał się w jej wnętrze. Orgazm przyszedł niespodziewanie szybko...

- Kochanie, byłem aż tak dobry?

- Śniłeś mi się... wejdź we mnie... - wydyszała. A zaraz jęknęła gdy całkiem gotowy wbił się w nią aż do końca, - Pieprz mnie i ssij moje sutki – zażądała. Otworzył usta i znalazł jeden z jej twardych, różowych sutków. Wciągnął go do ust, drażniąc językiem. Potem ugryzł go, wiedząc, że ona to lubi. Zaczęła ruszać się rytmicznie razem z nim, nadziewając swoją muszelkę na wyprężonego penisa. Napięty, pulsujący członek i wypełniał ją do granicy rozkoszy i bólu, sprawiając, że pragnęła go jeszcze więcej.

- Spuszczę się zaraz do twojej, małej gorącej dziurki. – ostrzegł ją na wszelki wypadek

- Strzelaj! Chcę tego! – dotykała swojego guziczka, by spotęgować swoje doznania.
Kiedy poczuł, że jej pochwa zaciska się rytmicznie, a ona drży w spazmach rozkoszy, przyciągnął ją do siebie, nadziewając ją z całą siłą. Pomiędzy namiętnymi skurczami, wykrzyczała aby ssał mocno jej piersi. Wsunął do ust najpierw jeden, a później drugi sutek, ssąc je mocno. Gdy odsunął od siebie, jej piersi były zaczerwienione od intensywnych pieszczot. Chwilę później sam poczuł, że dochodzi. Wystrzelił bardzo mocno i czuła każdą kroplę jego gorącego nasienia, wypełniającą jej cipkę strumieniem. Gdy oboje zwolnili ruchy, kończąc wspaniały orgazm, opadł na nią bez sił. Jego członek zmniejszył się i wysunął z pochwy.

- Hej – wymamrotała – Dokończymy pod prysznicem

- Daj mi kilka minut – pocałował ją i położył obok. Zanim mógł nad tym pomyśleć, jego penis znów stawał się twardy i naprężony. Kusiła go. Klepnęła się z przyjemnym plaskiem w wypięty pośladek. Wyskoczył z łóżka, gotowy dać jej jeszcze jedną rozkosz. Zasłużyła sobie na to!

    Hannah wyszła rześka z kąpieli, ubrała się, popatrzyła w lustro, było już trochę widać brzuszek, uśmiechała się głaszcząc swoje dziecko.
- Jeszcze trochę maluszku. -  Wróciła do Matta, który w pośpiechu zamknął laptopa. Patrzył się na dziewczynę z uśmiechem na buzi. - Dzień dobry, od rana przy komputerze?

- Pięknie wyglądasz...

- Ciąża dodaje mi uroku, to chyba będzie syn, podobno jak ma być dziewczynka, to kobiety stają się brzydkie. Ciekawe co u Lauren.

- Na pewno dalej świętuje z mężem. - odłożył na bok laptopa - Pójdę się teraz umyć, potem pójdziemy sobie gdzieś, masz ochotę?

-Mhm, chętnie. Mogę ściągnąć pocztę?

-Jasne. To ja zaraz wracam. - pocałował ją i zamknął się w łazience.

Hannah cieszyła się, że mają w końcu chwilę dla siebie, spędzą dzień razem. Brakowało jej tego. Otworzyła komputer, pokazała się jego poczta, miała się już wylogować, kiedy zobaczyła coś interesującego.

- Co to jest ...
"Temat: KIEDY?! 

 Hej 
Wiesz jak tęsknie? na imprezie było cudownie, tylko wczorajsza krótka rozmowa przez telefon na nic się zdała. Kiedy będziesz znów mógł się ze mną spotkać? Chcę znów spędzić z tobą noc... tych kilka ostatnich miesięcy było cudownych. Robię się mokra na samą myśl o naszym spotkaniu. 

 Całuje i tęsknie V. "

- Kim jesteś szmato... - przeglądała jego pocztę nie znalazła nic dopóki nie weszła do zakładki "kosz" - o ty kutasie. -serce jej waliło, pełno rozmów z tą babą, o tym jak fajnie było się pieprzyć, jak fajnie ssała mu kutasa, jak fajnie, że ją poznał w trasie. Każda kolejna przeczytana wiadomość to kolejny nóż w serce. Zalała się łzami.

- Kochanie co się stało? - Spytał zdezorientowany Matt, gdy spojrzał na Hanne przy komputerze.

- Jebałeś się z jakąś dziwką, kochanie... - rzuciła komputerem, zbierała swoje rzeczy, złapał ją za rękę - puść mnie! -wyrwała mu się - nie dotykaj mnie!

- Uspokój się, daj sobie wytłumaczyć! - dostał z liścia, to rozwiało wszelkie złudzenia, że da się udobruchać dziewczynę. - Hannah...

- Nie odzywaj się do mnie, jebany kutas... - zapięła walizkę i ruszyła do drzwi, które zagrodził Matt. - Wyjdę drzwiami, albo oknem... puść mnie!

- Wysłuchaj mnie, ona to nic poważnego. Wiesz, że zależy mi tylko na tobie.

- Gówno prawda! pieprzyłeś ją na każdej z tych imprez na które chodziłeś wieczorem,  widziałam wasze rozmowy!  Puść mnie!

- To nic nie znaczy... - odepchnęła go i szybko wyszła.

- Hannah! - pokazała mu środkowy palec i poszła w głąb korytarza...

22. Nie obiecuje ci wiele, po prostu siebie.

- Teraz mi powiesz co się stało? Dałem ci czas, ale chyba zaraz oszaleje.

- Powiem, zaczekaj tu chwile - poszła wyciągnąć z torebki pudełeczko, podała mu - Wiedz tylko, że bardzo się denerwuje, twoja reakcją

- Nie dostaje się prezentów, po to, żeby się złościć. -otworzył i uśmiechnął się, przyciągnął ją do siebie, usiadła mu na kolanach. - No to co mam ci teraz powiedzieć? - położył dłoń na jej brzuchu - mamy intruza. - jego uśmiech zdradzał jednak brak złości z zaistniałej sytuacji.

- Powiedz coś, co mnie uspokoi, na razie się tylko uśmiechasz jak głupi do sera... - wpatrywała się w jego zielone oczy, targały nią resztki niepewności.

- To powinno cię właśnie uspokoić - pocałował ją - wiesz... chyba się cieszę.

- Chyba!? cholera, nie miałeś mówić "chyba"

- Dobra, już bo się za bardzo denerwujesz, no cieszę się, skoro chcę być z tobą, kocham cię, to biorę w pakiecie z bobo.

- Dzieckiem, a nie bobo.

- Trzeba zrobić imprezę! - wziął do rąk dwa małe buty - Będzie miał większe stopy, bo będzie miał dużego siusiaka, po tacie.

- Albo będzie miała cycki duże - popukała go w czoło. - Zostań dzisiaj ze mną. Impreza będzie gdy Lauren wyjdzie ze szpitala.

- Jej mówiłaś? - tupał butami po stole

- Nie - obserwowała to co on robi i uśmiechała się pod nosem. - Cofasz się w rozwoju.

- Muszę się dostosować, żeby się dobrze dogadać z dzieckiem.

- Będziecie nadawać na podobnym poziomie inteligencji. AAA! - wrzasnęła kiedy przerzucił ją przez ramie - nienawidzę jak to robisz, puść mnie, bo ci się wyrzygam na dupę.

- Pora cie przelecieć, bo marudzisz. - śmiał się i szedł do sypialni. - Zadziała się magia.

3 tygodnie później.
  Imprezom organizowanym przez Matta, nie było końca. Cholernie się cieszył, że będzie tatą. Tylko Hannah, gorzej znosiła wieczorne wypady narzeczonego, po prostu wolała go mieć przy sobie. Kolejny taki sam wieczór, siedziała i oglądała seriale, trochę popracowała nad ostatnią sesją zdjęciową. Zadzwoniła do Lauren, która wróciła do zdrowia, a w weekend miał odbyć się jej ślub. Zasnęła na kanapie, regularnie co 10 minut budzona przez SMSy

" Kochanie, wypiłem już za wasze zdrowie" 

" Ale tęsknie!!! " 

" Walczam ... " 

" hahaha, widziałaś co napiszałem? oczywicie W R A C A M " 

" ciiii, nie widzisz tego co piszę, jestem piajny, wybacz mi" 

" Widziałem panienkę bez bluzki, NIE NIE NIE nic nie widziałem! Zamykałem oczy" 

" Zacky wymiotuje" 

O 4:00 nad ranem wrócił do domu, pies jego rodziców, który tymczasowo mieszkał z nimi cieszył się z powrotu tego co go głaszcze. Radość tej nocy objawiła się szczekaniem.

- Ciii cicho, błagam cie, jesteś dobrym pieskiem cicho...- był pijany, próbował trzymać pysk psa, żeby nie szczekał, w końcu ubrał mu kaganiec.- No, teraz będziesz cicho... tak? Dobry pies... Ooo najdroższa, nie śpisz jeszcze? - popatrzył na Hanne, stała oparta o ścianę. Przytulił ją - Jak się czujesz?

- Idź spać...

- Nie, nie. Pogadajmy... zrobić jaskółkę? - robił i prawie się wywalił. - Rano - uśmiechał się jak głupi.

- Jesteś pijany, nie chce mi się teraz rozmawiać, szczególnie, że jutro nie będziesz nic pamiętał.

- Jeszteś zła?

-Nie będę z tobą teraz rozmawiać, po prostu iść spać.

- Ale chodź ze mną -wyciągnął do niej rękę, aż ja złapał, bo widział, że ona nie ma ochoty z nim iść -  No chodź nie gniewaj się na mnie, po prostu się ciesze.

- To ciesz się, ale nie musisz wychodzić w każdy wieczór na piwko z kolegami.

- To rodzina - uśmiech z dołeczkami.

- Nieważne.
 
  Rano męczył kac, trzeba było tak nie balować. Hannah chowała rzeczy do walizki, rozmawiała z Lauren przez telefon.

- Znów wrócił późno?

- Daj spokój, 4:00 rano, ja rozumiem cieszy się hura, ekstra! Ale ileż można? Do wieczora jest nie żywy bo wraca późno i ma kaca, potem wychodzi... wkurwia mnie to.

- Minie mu, w sumie to urocze, że tak się cieszy, Brian też się cieszył.- zamilkła

- Ej, słońce, przecież na pewno jeszcze nie raz się będzie tak cieszył. Na razie szykuj suknie!

- Właśnie na nią patrze, nie wierze, że to już za dwa dni. A miałam nie dożyć tego dnia.

- Milcz! Idź nie wiem, weź zimny prysznic czy coś, bo generalnie bredzisz!

- Głupia, nie dałaś mi skończyć, miałam nie dożyć, ale mnie uratowałaś. Mam tylko tą cholerną bliznę...

- Jeszcze jedno i w dniu swojego ślubu będziesz gnijącą panną młodą, bo cie zabije.

-Okrutna jesteś - ale się śmiała. - Ej weź puść Shadows'owi głośno muzykę.

- I to ja jestem okrutna? ... chociaż w sumie, tak zemsta będzie słodka.

-Ale błagam, macie dotrzeć na mój ślub cali i zdrowi. JUŻ IDE !  Kochana ja kończę Brian mnie woła, może się rozmyślił.

-Głupia.- Zaśmiały się i rozłączyły.

Lauren poszła do narzeczonego, był w łazience
- Brian co się stało? - próbowała otworzyć drzwi od łazienki - ejjj...

- Lauren ja krwawię...ja, ja, ja... Boże jaki ja durny jestem. Ałł! - syczał przez drzwi.

- Tak kochanie to wiem, ale czemu tym razem?

- Ha Ha Ha. Nie wiedziałem, że golenie jest takie trudne.

-Co?! Błagam otwórz te pieprzone drzwi... coś ty zrobił?

-No, ale nie będziesz się śmiać?

-Nie, obiecuje, że chyba nie będę - otworzył drzwi. - O kurwa... o kurwa -wybuchnęła śmiechem - Goliłeś jajka!!!

-No bo... ale, ejjj - był smutny - miałaś się nie śmiać.

-Ale, Jezu, czyś ty oszalał? - podeszła do niego i dała mu buziaka. - Wychodzę za szaleńca.

-Chciałem być taki spoko, bo gdzieś czytałem, że to nie jest trudne, a potem nieważne...Lauren pomocy, pozacinałem się.

-No widzę... biedactwo. - Drwiła z niego, nie przestawała się podśmiewać pod nosem. - Może plasterki przyniosę, z jednorożcem?

-Nie nabijaj się, ja się wykrwawiam!

-Przestań, będziesz żył długo i szczęśliwie w dodatku ze mną... - Jeszcze raz go pocałowała. Będzie dobrze.

   Nareszcie dzień ślubu. Hannah pomagała pannie młodej w ubieraniu się, potem ją malowała, czesaniem zajęła się Gena. Lacey przejęła się ślubem bardziej od Lauren i piła jednego drinka za drugim. W domu nie było mężczyzn, oni szykowali się w hotelu. Wiec wracamy do Lauren, której udzielił się nerwowy nastrój od koleżanki. Stała przed lustrem w sukni, uczesana, piękna. Gotowa by rozpocząć nowe życie. Dostała kieliszek wódki i to był strzał w dziesiątkę. No prawie, bo polały się łzy, gdy do sypialni weszła mama Lauren.
- Pięknie wyglądasz...

- Mamo! - przytuliła się - tak dobrze, że już jesteście.

- Mieliśmy małe opóźnienie, jak się czujesz?

- Zdenerwowana, ale szczęśliwa. - uśmiechała się.

- Zejdziemy na dół? Tata czeka. - Dziewczyna popędziła na dół w szpilkach.

- Chodź przytul starego ojca! - wziął w ramiona swoją najmłodszą córkę - wyglądasz cudownie.

- Oj tato... nie jesteś stary!- tuliła się - tak się cieszę, że jesteś.

- Najmłodszą córę oddaje pierwszą, mam nadzieje, że będziesz szczęśliwa.

- Jestem tato, nawet nie wiesz jak bardzo. - Oboje trochę się rozkleili.

- Hannah! rozmazałam się. - śmiejąc się z przyjaciółką stała i poddawała się kolejnym poprawkom makijażowym.- Idziemy?

- Idziemy...

   Pojechali do kompleksu Spa, był tam ogromy otwarty teren rekreacyjny w którym można organizować śluby. Zabawa weselna odbędzie się w części hotelowej. Pogoda rozpieszczała gości. Świeciło słońce, wiał lekki orzeźwiający wiatr.



- Gdzie ona jest? - Brian rozglądał się nerwowo po okolicy, przyjechał z chłopakami znacznie wcześnie i teraz świrował.

- Gates jedzie, przecież pokazywałem ci co napisała Gena. Będą za 20 minut. - Zacky cały czas go uspokajał. 15 minut później wszyscy byli na swoich miejscach, ostatni do rzędu świadków dołączył Matt, który zniknął na jakiś czas z zasięgu wzroku wszystkich.

- Idzie... idzie - powtarzał pod nosem Brian, który zobaczył swoją wybrankę między rzędami krzeseł.

  Skrzypek grał jakąś przyjemną melodie, goście w ławkach odwrócili się by patrzeć na Lauren Szła z podniesioną głową, uśmiechnięta, nie mogła się doczekać, tego jednego słowa „tak”. Ojciec oddał ją.
- Dbaj o nią, bo będziesz miał ze mną doczynienia - uściskał Briana i poszedł usiąść koło żony.

- Kochanie ? - uśmiech nie schodził mu z twarzy, wziął ukochaną pod rękę i stanęli na przeciwko siebie.

   Zaczęło się, para młoda, patrzyła sobie w oczy i uśmiechali się do siebie.

- Ja Brian - powiedział pan udzielający im ślubu.

-  Cisza! To nie jest dla mnie łatwe, wbrew pozorom, ja się stresuje i wzruszam... Lauren, moja mała. - złapał ją za dłoń i głaskał - Coś ty ze mną zrobiła, sprawiłaś, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, kocham do granic możliwości. Nie wyobrażam sobie, dnia, godziny, minuty bez ciebie. - chrząknął przygotowując głos, uśmiechnął się, wziął mikrofon od faceta i zaczął recytować:
Nie obiecuję Ci wiele, 
Bo tyle to prawie nic 
Najwyżej wiosenną zieleń 
Najwyżej pogodne dni 
Najwyżej uśmiech na twarzy
I dłoń w potrzebie
Nie obiecuję Ci wiele, 
bo tylko ...
Po prostu siebie. 

-Coś jeszcze Brian?- spytał mężczyzna, gdy zabrał mu mikrofon.

-No chyba brakuje jednego słowa... TAK! - powiedział to słowo z uśmiechem na ustach, goście nie kryli wzruszenia. Lauren rzuciła mu się na szyje.

- Jeszcze twoja kolej Lauren, proszę powtarzaj za mną... - Dziewczyna dzielnie powtórzyła przysięgę, znała ją na pamięć, wiec momentami wyprzedzała urzędnika. - Ogłaszam was mężem i żoną, możecie się pocałować - ale oni chyba już tego nie słyszeli, całowali się, nie zwracając uwagi na resztę świata. Brian wziął ją na ręce i zakręcił się. Poszli do sali weselnej, goście zajęli miejsca, zaczęły się rozmowy, ploteczki, konsumowanie jedzenia, potem był pierwszy taniec młodej pary. O północy kucharze wnieśli piękny, wielki tort. Tak to wesele przejdzie do historii, mimo wcześniejszych problemów, udało się. Było tak jak chcieli, spędzili ten dzień z tymi którzy wiele dla nich znaczą,. Około 1:00 w nocy zniknęli, poszli do pokoju, napawać się seksem małżeńskim.
 Hannah była trochę zmęczona tym szalonym dniem, poszła na taras. Noc była rozkoszna, chłodna, ale gwiazdy na niebie, wielki księżyc w kształcie rogala, rozpieszczał oczy. Głaskała brzuch, cieszyła się szczęściem przyjaciółki. Podszedł do niej Matt, kładąc marynarkę na ramiona...

21. To twoja wina!

 Przyjechało pogotowie, zabrało je obie, Hannah siedziała opatulona kocem
- Proszę niech pani to wypije - powiedziała pielęgniarka, poprawiając przemoczonej dziewczynie koc. - Wszystko będzie dobrze.

- Nic nie będzie dobrze, miała mieć ślub, ma sukienkę, ona umarła mi na rękach... ona nie miała pulsu... - wypiła lek uspokajający, oparła się o ścianę gabinetu zabiegowego, w którym siedziała.

- Może chce pani do kogoś zadzwonić? i proszę tu jest lignina i woda, proszę powycierać sobie twarz.

- Zadzwonić, boje się. Ona się nie podda prawda?

- Nie, proszę mi wierzyć, jest w dobrych rękach. - pielęgniarka sama zajęła się wycieraniem zakrwawionej twarzy blondynki. - Bardzo pani współczuje, przeżyła pani ogromną traumę i jeśli pani chce, ja mogę poprosić psychologa, żeby przyszedł porozmawiać.

- Powinnam zadzwonić, do Brian'a... jest w Las Vegas, ma wieczór kawalerski... nie wie, że jego przyszła żona walczy o życie. - spojrzała na wodę, w której pielęgniarka namaczała ligninę, była coraz bardziej czerwona. - Wszędzie była jej krew... nie mogłam opanować krwotoku, ona nie umrze prawda?

- Nie umrze, jest silna, wiem to z pani opowiadań, tacy ludzie jak ona, walczą do końca. Poda mi pani numer do pana Brian'a?

- Ja zadzwonię do niego sama... ja powinnam mu powiedzieć. - wybrała numer, w ostatniej chwili oddała pielęgniarce telefon.

- Witam, dzwonię ze szpitala UCLA Medical Center, czy rozmawiam z panem Brianem?

- Nie, z jego przyjacielem, Matt Sanders... coś się stało?

- Panie Sanders, Lauren Gut... miała wypadek, została postrzelona na jednej z ulic w Los Angeles. Jest w tej chwili operowana. Czy może pan skontaktować się z jej jak domniemam narzeczonym? to będzie najbliższa osoba dla niej?

- Rodzice mieszkają daleko - zapadła cisza, Matt starał się poukładać w głowie myśli, spojrzał na przyjaciela, który świetnie się bawił. - A Hannah, czy ona jest w szpitalu?

- Tak, jest obok mnie, dostaje leki uspokajające, reanimowała przyjaciółkę do czasu przyjazdu karetki, czy panowie mogą się z najbliższym czasie zjawić w szpitalu?

- Dotrzemy z Vegas najszybciej jak to możliwe, niech mi pani wierzy, Brian poruszy niebo i ziemię, żeby być przy Lauren. Poroszę się zaopiekować Hanną, to moja dziewczyna i ... aż boje się pomyśleć, w jakim ona jest teraz stanie. Będziemy najszybciej jak się da, w razie jakiś informacji, proszę dzwonić na ten numer.

- Dobrze, będę z panem w kontakcie, dziękuje i do zobaczenia. - rozłączyła się i  oddała telefon blondynce. - Pani chłopak jest już w drodze, może się pani zdrzemnie? Mogę załatwić pokój w szpitalnym hotelu.

- Chcę być blisko Lauren. - wstała i koc opadł na kozetkę, na której wcześniej siedziała Hannah. Jej jasne dżinsy i biały top na ramiączkach przesiąknięte krwią przyjaciółki. Gdy to zobaczyła, rozpłakała się.

- Dziecko, co ja mam z tobą zrobić - pokręciła głową, zadzwoniła po psychologa, widząc w jak paskudnym stanie jest blondynka.

Matt wziął Briana, resztę przyjaciół i pojechali na lotnisko, za dwie godziny mieli samolot, te dwie godziny trwały wiecznie.

- Gates usiądź od tego chodzenia nic się nie zmieni... - Powiedział Dan.

- Nie mogę usiedzieć, nie rozumiesz, że ona walczy o życie? ... zabije Hanne, miała jej pilnować obiecała mi to!

- Przestań! to nie jest jej wina, że Lauren ktoś postrzelił! - warknął Matt broniąc swojej ukochanej. - Ciągle była przy niej i jest teraz w szpitalu. Robiła co mogła.

- Gówno zrobiła, wiecznie się uważała za pęmpek świata, użalała się nad sobą. A Lauren zawsze pomagała jej, a nigdy odwrotnie.

- Brian, uspokój się, potem będziesz żałował tego, co tu wygadujesz - odezwał się Jimmy.

- Jeśli Lauren z tego nie wyjdzie, to Hannah pożałuje.

- Dość, kurwa człowieku, ogarnij się. Wszyscy się boimy o Lauren, ale nie wiesz jak tam było, co się działo. Przecież to był wypadek! - Jimmy wziął przyjaciela za szmaty i usadził na dupie. - Najwyższy czas się uspokoić, a posądzanie kogokolwiek za to co się stało, zostaw na później.
  Wezwano ich na odprawę, zaraz siedzieli na pokładzie, Gates siedział i nic nie mówił, gdy przyłożył dłoń do ust, było widać jak cały się trzęsie.  Po 3 godzinach zjawili się w szpitalu, zostali skierowani pod blok operacyjny gdzie jeszcze przez minimum 2 godziny miała być operowana Lauren.  Na jednym z foteli siedziała Hannah, wstała widząc wszystkich zmierzających w jej kierunku.  Nim jednak Matt zdążył ją wziąć w ramiona, podszedł do niej Brian i odepchnął

 -Co jej zrobili? Co oni jej zrobili! -  złapał Hanne za ramiona - Miałaś jej pilnować, jesteś nic nie warta! to przez ciebie ona tam teraz leży!

-Zostaw ją! dość! - Matt odebrał mu ją.- Przecież to nie jej wina! Ona jej nie postrzeliła! - przytulił roztrzęsioną dziewczynę - już dobrze.

- Panowie, bo was zaraz wyproszę, to jest szpital a nie bar, proszę nie krzyczeć... - warknęła pielęgniarka i wróciła na recepcję.

- Ja, ja przepraszam, ale oni... to wszystko działo się tak szybko. Matt to nie jest moja wina.

- Pewnie, że nie jest - spojrzał na nią - powinnaś się przebrać, pojedziemy do domu.

- Nie ! nie nie ... nie ja nigdzie nie jadę.. muszę być przy niej...

- Trzymaj - Johnny dał jej swoja koszulkę i zapiął swoją bluzę.

- Dziękuje - dziewczyna zdjęła zakrwawiona koszulkę i ubrała tą od kolegi. Zaraz dostała też kurtkę Matt'a. Stała przytulona do niego.

- Ja i Zacky pojedziemy zabrać dla Hanny kilka rzeczy.  - dała im klucze, pojechali.

- Ona tam leżała na tym chodniku, ona już nie żyła, serce nie biło... ale ja prosiłam, ratowałam ją. Ona teraz nie może się poddać!

-Już spokojnie... nie podda się!- tulił ją- wyjdzie z tego, przecież to Lauren!

     Noc mijała bardzo niespokojnie, lekarze co chwile byli wzywani na intensywną terapię, gdzie przebywała dziewczyna. Operacja się powiodła, udało się zatrzymać krwawienie, pozszywać poszarpane od kuli naczynia krwionośne. Na przemian traciła i odzyskiwała przytomność, nad ranem lekarz powiedział tak długo wyczekiwane słowa:

- Jej stan jest stabilny, ciężki, ale stabilny. Przeżyła noc, a to na prawdę duży plus.- odchodził, ale się wrócił - A co do pana...-patrzył na Briana - Zamiast się czepiać, powinien być pan wdzięczny, tej młodej damie. Gdyby nie udzieliła pomocy, szykowałby się pan do pogrzebu.- odszedł.

     Nadal nie można było wchodzić do dziewczyny, trwały jakieś badania. Wszyscy oprócz Briana i Hanny poszli do bufetu po coś. Byli już wszyscy, więc gdy wyszli korytarz zrobił się dziwnie pusty.

- Hannah! - krzyknął Haner, zbierając dziewczynę z podłogi, zemdlała. Zaniósł ją do zabiegowego. Dostała leki i było jej lepiej, potrzebowała snu, wyciszenia. Jednak za nic w świecie, nie dała się zabrać ze szpitala.

- Może chociaż coś zjesz, przyniosłem kanapki. - Powiedział Matt wciskając jej do rąk bagietkę. Zaraz jednak zerwała się na równe nogi, lekarz powiedział, że moją pojedynczo wchodzić do Lauren. Pierwszy wpadł Brian, zderzając się z Hanna.

- Zapomnij... - warknął i wszedł do sali zamykając jej drzwi przed nosem.

- Brian - wyszeptała Lauren.

- Ciii kochanie, nic nie mów, już jestem przy tobie. - usiadł na krześle i złapał jej dłoń - jest ci zimno?

- Hannah, gdzie ona jest... - mówiła cicho - pić...

- Już, już ci daje - przystawił dziewczynie rurkę - Hannah jest na korytarzu, ja z tobą posiedzę.

- Niech przyjdzie, proszę.

- Nie dbała o ciebie. - był wkurzony dalej.

- Brian... - jej ton chociaż cichy i pełen cierpienia, był stanowczy.  Chłopak wstał i zawołał Hanne. Gdy mijała go w progu spojrzał na nią gniewnie.

- Gates chodź pogadać.... - nie wytrzymał Jimmy, który w całym swoim życiowym szaleństwie, jako jedyny potrafił utemperować każdego z przyjaciół.

 Zamknęła drzwi od sali, wtedy zobaczyła uśmiech na twarz Lauren, wróciła nadzieja że będzie dobrze. Nie rozmawiały, wystarczył ten uśmiech.

- Będę się zbierać, widzę, że ci lepiej. Odpocznij - uśmiechnęła się i wstała.

-Dziękuje...

-Nie dziękuj, tylko następnym razem jak będę ci robiła sztuczne oddychanie muszę się upewnić, że nie jadłaś cebulowych chrupek - zaczęły się śmiać.

- Też odpocznij i przepraszam za Brian.

- Teraz odpoczywaj, musisz wrócić do zdrowia, na rozmowy przyjdzie jeszcze czas, on też się bardzo bał.

- Jedź do domu.

- Zostanę. - wyszła z sali. - Już możesz wejść Gates.

- Hannah - stanął przy niej - przepraszam, jej wypadek kosztował nas wszystkich wiele nerwów... przepraszam. Wróć od domu i odpocznij, ja się nią zaopiekuje. I dziękuje.

- Trzymaj się Brian i nie dziękuj, nie umiałabym jej nie pomóc. Dla mnie też wiele znaczy.

- Jedź odpocząć, już raz padłaś. - wrócił na salę.
   Dzień skończył się dobrze, Lauren powoli się regenerowała, przespała większość dnia. W szpitalu nadal siedziało grono przyjaciół. Tylko Hanny zabrakło, Matt siłą zabrał ją ze szpitala. Gdy skończyła się jego cierpliwość, po prostu przerzucił blondynkę przez ramię i poszedł do samochodu.  Brian był wykończony, zasnął przy swojej ukochanej, w pozycji „na szpitalnym krześle” z głową na jej nodze. Ona głaskała go po głowie i cieszyła się, że go ma i jeszcze całe grono przyjaciół, którzy są teraz blisko.



  Minął tydzień, niedoszła panna młoda, wracała do zdrowia. Przebywała już na normalnej sali, ciągle ktoś przy niej był. Właśnie wyszła od niej Hannah, bo miała iść do lekarza na badania, skorzysta z usług przy szpitalnej przychodni.  To czego się dowiedziała zaskoczyło ją samą. To miało być rutynowe badanie, a wyszła katastrofa.. W domu była jakaś nieobecna, przytuliła się do niego i milczała, on czuł, że coś jest nie tak. Ale nie naciskał na rozmowę, był cierpliwy. Poszli na spacer, zjedli kolację na mieście, nie naciskał na rozmowę, wiedział, że prędzej czy później dziewczyna się przełamie i powie mu. Wieczorem się wydało, Hannah nie wytrzymała, musiała mu powiedzieć o tym co przekazał jej lekarz...

sobota, 1 lutego 2014

20. Nieszczęścia lubią chodzić parami.

   Pod koniec listopada do Huntington Beach zawitał Brian z Lauren. Po kasowym sukcesie płyty, trwającej trasie koncertowej, chłopcy mieli spory zastrzyk gotówki i mogli stanąć na nogi. Każdy zainwestował w swoje cztery ściany, w których chciał budować przyszłość ze swoją drugą połówką. Teraz już wszyscy mieli kogoś, a same dziewczyny trzymały się blisko i dogadywały całkiem dobrze. Wspierały się gdy dochodziły ich słuchy o wybrykach chłopaków w trakcie trasy, oraz w chwilach kiedy po prostu nie miały możliwości spotkać się z nimi gdzieś na koncercie. Z tęsknoty spotykały się w domu jednej z nich i miały wieczory filmowe, które często kończyły się rozmowami z chłopakami, gdy po koncercie mieli chwile, nim poszli na imprezę. Potem siedziały i płakały, albo wypijały litry wina.

- Dziewczyny? - wysapała Lacey leżąc na kanapie z głową w dół.

- Hmm? - mruknęły wszystkie w tym samym momencie.

- Co będzie jak zwymiotuje winem w takiej pozycji? uduszę się?

- Spróbuj - powiedziała Leana i zaśmiała się jak mała dziewczynka.

- Ale będziecie mnie reanimować? Albo nie, bo jak Johnny będzie płakał. Nie chce żeby płakał.

- Jesteś pijana - wymamrotała Hannah tuląc się do poduszki.

- Nakurwiona jak szpadel! mhm właśnie tak - Lacey wstała i pobiegła do toalety.

- Gena? Ej śpisz? czy ona śpi ? - spytała Lauren - śpi mi na nodze, krew mi nie dopływa, Gena złaź bo mi ją amputują. Jesteś lekka, a jednak taka ciężka... - próbowała ją zepchnąć.

- Jak jesteście pijane, to jesteście bardzo nieogarnięte. - Hannah zaczęła się śmiać. - Zróbmy karaoke.

- Tak, tak. Śpiewać, lubię, ja śpiewam, co śpiewamy? - Gena jakby ją pierdolnął prąd, siedziała całkiem przytomna, jakby jeszcze przed chwilą wcale twardo nie spała.

- Przerażasz mnie, macie karaoke?

- Zwariowałaś? Brian tylko gra na gitarze, a ja śpiewam ... nie śpiewam

- Idziemy do baru! - krzyknęła Leana

 Gdy Lacey zwymiotowała zawartość swojego żołądka, mogły ruszyć na miasto. Skończyły w barze, pijąc kolejne drinki, bawiły się do rana, obudziły się na plaży.

- Ej dziewczyny? ... - Odezwała się Lauren rozglądając na boki.

- Co... oOooO kurwa, to słońce sprawia, że płoną moje oczy...

- Co ty tam wiesz Gena, ja mam lotnisko z samymi f-16 w głowie...

- A ja zaraz zwymiotuje - odezwała się Lacey  i czołgając się odeszła na bok.

   Zebrały się po 4 godzinach, gdy upał dawał się już mocno we znaki. Każda poszła do siebie, żeby odpocząć. Wieczorem miały się spotkać na przymiarki sukni. Lauren i Brian nie tracili czasu i chcieli jak najszybciej wymienić się obrączkami. Miało to nastąpić po sylwestrze, symbolicznie w dniu, w którym się pieprzyli, są romantyczni, nie ma co.
Ale wszyscy wiemy, jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy...

- Wyglądasz zjawiskowo - Gena aż zakryła sobie usta dłonią z zachwytu.

- Musisz ją mieć - Hannah wstała i obeszła przyjaciółkę dookoła. - Jest piękna.

- Serio? - Lauren przeglądała się w lustrze, sukienka miała dopasowaną górę, gorset idealnie podkreślał jej kształty, dół był połączeniem lejącego się materiału, przykrytego warstwą tiulu. Mimo tego nie była to nadmuchana beza, lecz skromna sukienka, która pozwalała skupić uwagę na pannie młodej a nie jej wystawnej sukni. - Myślicie, że Brian będzie zadowolony?

- Myślę, że zedrze ją z ciebie, przy pierwszej możliwej okazji, ale nie będzie zawiedziony - powiedziała Lacey, upijając kolejny łyk wody.

- No to biorę ją, niech się dzieje co chce. Jesteście pewne, że wyglądam w niej dobrze?

- Idź się przebrać, kolejny raz gdy puszczą tu muzykę klasyczną moja głowa eksploduje. - warknęła Leana i schowała głowę w kaptur swojej bluzy.

- O jejku... maruda. - dziewczyna poszła się przebrać, zapłaciła za sukienkę, została jeszcze w salonie, bo trzeba było nanieść kilka poprawek. Poszły na kolację, w tym czasie zadzwonili chłopcy opowiadając o kolejnym świetny koncercie.

    Znów ten czas, świąteczna gorączka, wszyscy robią wszystko na ostatnią chwile. Tak samo robiła Hannah, która w tej chwili powinna jechać na lotnisko po Matt'a ale jeszcze pierniczki dochodziły w piekarniku. Zadzwoniła do niego.

- No cześć, miałem do ciebie dzwonić, gdzie jesteś?

- Możesz się zabrać z kimś? Piernikowe ludki mnie dzisiaj nienawidzą i nie rosną.

- Och elfie, nasz dom to już fabryka Mikołaja? - westchnął i zaśmiał się swoim uroczym chrypliwym śmiechem. - Podrzuci mnie Zacky. Będę niedługo, tęsknie.

- Ja bardziej i nasze piernikowe dzieci też. Papa - rozłączyła się- rośnijcie... pieprzone łobuzy.
Stan psychiczny Hanny ostatnio znacznie się pogorszył. Nie, nie zaczęła z narkotykami, nie spowodował tego wyjazd Matt'a, a raczej świadomość, że tegoroczne święta spędzi z rodziną swojego chłopaka. Na samą myśl, miała mdłości, uwielbiała tych ludzi, ale jednak święta razem, to było coś.

Wigilijny wieczór.
  Święta wypadły cudownie, zjedli świąteczny obiad, poszli na spacer, później jedli ciasto i pili wino. Amy, siostra Matt'a rozpoczęła śpiewanie świątecznych piosenek, Shadows przygrywał na gitarze, a dziewczyny śpiewały. Później dziewczyny rozmawiały, przy kolejnej lampce wina, a Garry i Matt wyszli do ogrodu.

- Tato pomóż mi, bez ciebie sobie nie poradzę, a jeśli nie zrobię tego dzisiaj, to nie zrobię już nigdy.

- Ale panikujesz... no dobrze, tylko potrzebujemy czasu. Ona nie może wyjść na taras. - Byli dziwnie zdenerwowani szczególnie młody. Wtajemniczyli też Amy, która miała pilnować blondynki, żeby za bardzo się nie interesowała zniknięciem. Pół godziny później było wiadomo, czemu Kim i Amy wyprowadziły ją do ogrodu, potem stanęła na schodach, prowadzących na plażę. Z lampek choinkowych układało się jedno pytanie, patrzyła na to i narastał w niej lęk. On zaszedł ją od tyłu, nawet nie wiadomo jak się tam znalazł, objął ją do ręki dał jej otwarte pudełeczko z pierścionkiem...

-No to jak? - zapytał szeptem. Odwróciła się do niego, jej zielone oczy były przysłonięte zebranymi, na nich, łzami. Zamknęła je i krople popłynęły po policzkach.

- Nie... - oddała mu pudełko i szybko opuściła taras, wzięła swoja torebkę i wyszła z domu. Biegła przed siebie płakała, oświadczyny, nigdy ich nie miała... te były piękne, tylko od razu w głowie pojawiła się myśl o tym w jakiej sytuacji była kiedyś. Roztrząsanie przeszłości wychodziło jej zawodowo i potrafiło spieprzyć jej życie na długo. Nie umiała jednak tego kontrolować. Teraz żałowała, że zostawiła go tam samego, stanęła by złapać oddech, wyciągnęła telefon i zadzwoniła do niego, nie odbierał. Zadzwoniła drugi raz, trzeci i czwarty... łkając wracała do domu, miała nadzieje, że go tam zastanie, albo, że on sam niedługo wróci.
 On siedział w salonie, zastanawiał się dlaczego powiedziała „nie” ona zaś zalewała się łzami, przecież go kochała, wiec czemu się nie zgodziła? Wzięła prysznic i schowała się pod kołdrę. Zadzwoniła do Lauren, przez dziesięć minut przepraszała, że tak późno dzwoni, cały czas płakała.

- Do rzeczy! Co się stało!?

- Oświadczył mi się... - wybuchnęła nową porcją łez.

- Aaa! To wspaniale! Jej w wigilię! Słodki jest!

- Odmówiłam...- Lauren zaczęła się jej śmiać w słuchawkę - Ja nie żartuje!

- Ty jesteś nienormalna?! ... w sumie jesteś, od dawna to wiadomo, ale nie... proszę, powiedz, że żartujesz.

- Ja po prostu się boje!

- Ty powinnaś iść na jakieś leczenie dziewczyno, co ten facet ci takiego zrobił, że nadal mu nie ufasz i porównujesz z tamtym fagasem. Zastanów się! Ja pierdole! Kobieto!

- Teraz pewnie spakuje moje rzeczy i będzie kazał się wynieść!

- To nie jest głupi pomysł, Hannah kurde mać, kochasz go, przecież wiemy o tym, wiec czemu!?  Po jaką cholerę ty sama sobie komplikujesz życie?

- Nie wiem, to samo tak wychodzi... powinnam z nim porozmawiać.

- Daj mu dzisiaj święty spokój. Jeszcze się pokłócicie.

- Dobra ja kończę... wesołych świąt.

-Paa, odezwij się jutro.

  Przywitał ich kolejny dzień, obie czekały na lotnisku, by powitać rodziców. Denerwowały się, dzisiaj miały przedstawić im swoich mężczyzn. Rodzice już się pogodzili z wyborem swoich córek. Skoro były szczęśliwe, to nie będą temu przeszkadzać. Powitanie przyniosło łzy, wizyta w domu, uśmiech, długie rozmowy. Wszyscy naprawdę się cieszyli, wymiana prezentami trwała długo, każdy od kogoś coś dostał. Mamie Lauren bardzo spodobał się prezent od niedoszłego jeszcze zięcia. Tak zegarek to był strzał w dziesiątkę, chłopak zasłużył nawet na buziaka w policzek. Udany wieczór, skończył się przed północą, kiedy rodzice w obu domach wreszcie zasnęli. Hannah miała teraz okazję porozmawiać z Shadows'em. Chwyciła jego dłoń i poszła z nim na kanapę, on posadził ją na swoich kolanach i przytulił.

- Wiem o czym chcesz pogadać, ale...

- Zaczekaj - położyła mu palec na ustach - To ja zepsułam to wszystko, wiec powinnam się teraz wytłumaczyć dlaczego. Matt, wiesz, że Cię kocham, że jesteś dla mnie wszystkim. Tylko ja po prostu nie jestem gotowa na TAKI krok, boje się. Przypuszczam, że nie mam czego. Jednak to co było kiedyś siedzi we mnie głęboko.

- Ja to rozumiem, dlatego nie jestem zły, ani nie mam ci za złe, że odmówiłaś. Kocham cie, a tamto to miał być dowód tego, przecież wcale nie musieliśmy zaraz szykować ślubu, jak Brian i Lauren. - pocałował ją.

- Masz rację. Idziemy spać?

- Tak, już pora. - wstali, on podszedł do szafki, wyciągnął pudełeczko. - Weź to, kiedy zmienisz swoje zdanie, po prostu go ubierz, wtedy będę wiedział, że chcesz. Może tak być?

- Mhm...- uśmiechnęła się i przytuliła, złapał jej nogi, ona owinęła je nad jego pupą i tak poszli do sypialni. Przed spaniem poszli pod prysznic, tam kochali się długo i namiętnie w strugach ciepłej wody.

 
Minęły dwa tygodnie, za tydzień ślub, teraz pora na wieczór panieński.
  Chłopcy nie byli oryginalni, lecieli do Vegas, żeby tam zabalować, ze swoją ekipą. Hannah miała być za godzinę u Lauren i razem miały się szykować na wieczorną imprezę. Jechały do LA. Spakowała potrzebne rzeczy i ruszyła do przyszłej panny młodej. Muzyka w domu grała głośno, one śpiewały i biegały po domu, wygłupiały się i naprawdę dobrze bawiły, a to dopiero przedsmak tego co miało się dziać potem. Doszła reszta dziewczyn, znajomych z pracy, na sam koniec, kiedy wszystkie były już gotowe, na podjeździe pojawił się wielki, przedłużany cadillac. Zapakowały się do niego, tam impreza zaczęła, żyć własnym życiem. Po godzinie dotarły do klubu, przebijając się przez korki, pozdrawiały przechodniów i oblewały inne samochody alkoholem. O tak, te dziewczyny wiedziały czym jest dobra zabawa! W klubie od razu przejęły stery, muzyka sprawiała, że alkohol w szklankach drgał, a ich rozmowy o seksie, miłości, facetach, życiu, młodości, ślubach trwały w nieskończoność.  Koło północy na sale wprowadzono wielki tort, na każdym poziomie były namalowane inne sex pozycje. Ogólnie impreza przerodziła się w sklep z akcesoriami erotycznymi, prezenty były sprośne, ale cóż facet nie zawsze będzie mógł, wiec stos wibratorów pewnie się przyda. Rozpoczęły się tańce, DJ nie próżnował, muzyka była świetna, impreza naprawdę na najwyższym poziomie. Lauren postanowiła zabrać przyjaciółkę na stronę i podziękować...

-Jejku jestem taka szczęśliwa, nie sądziłam, że to wszystko będzie tak wyglądać, naprawdę się spisałaś! Dziękuje, dziękuje... jest tak świetnie! To najlepsza impreza w moim życiu!

-Poczekaj na swój ślub i wesele!

-Właśnie, wiesz boje się!

-No przestań, nie mów, że masz pietra! Ty? taka odważna, co mnie zawsze opieprza, za bycie tchórzem?

-Cholernego mam pietra, ale nie dlatego, że nie chcę ślubu, w ogóle nie o ślub chodzi. Od wczoraj mam wrażenie że coś się stanie.

-Jesteś za bardzo zestresowana, gadasz głupoty! Co może się stać?

-A może w Vegas się coś stało? Albo stanie, albo nam.

-Na Boga! Przestań! Uspokój się, chłopcy balują, my szalejemy tutaj, potem wszyscy grzecznie położymy się spać, jutro Brian wróci, a za tydzień będziesz już jego żoną! Chodź napij się drinka, bo bredzisz!

   Lauren się trochę uspokoiła, zabawa trwała dalej, ale koło 3 w nocy, wszystkie miały dość. Pożegnały się, zostały same, postanowiły iść do domu na piechotę, rozmawiały i cieszyły się ze swojego towarzystwa, dawno nie miały chwili, żeby pogadać szczerze, bez czyjegoś gumowego ucha. Usłyszały strzały, nadjechał czarny samochód, przebiegł obok jakiś koleś, ci z samochodu chcieli strzelić w niego, ale trafili Lauren, osunęła się po ścianie, na chodnik. Oni odjechali...

-Aaaaaaa... Lauren! - rzuciła się na kolana i patrzyła na przyjaciółkę, która przez chwilę wpatrywała się w blondynkę, po czym straciła przytomność, Hannah próbowała ją ocucić - Lauren, kochana, obudź się, no już wstawaj! - zadzwoniła po pogotowie, kazali jej sprawdzić funkcje życiowe, nie czuła tętna, zaczęła ją reanimować, tamowała krew, bardzo płakała.- Nie rób mi tego, Lauren słyszysz! obudź się! Nie umieraj nie zostawiaj mnie! - ktoś chciał jej pomóc - Zostaw ją! - uciskała klatkę piersiową raz za razem, czekała na pogotowie, zaczął padać deszcz, krew płynęła po chodniku...