piątek, 31 stycznia 2014

19. TAK!

   Pakowanie szło powoli, przeglądali razem rzeczy w domu i niepotrzebne od razu wywalali. Matt natknął się na bordowe pudełko, obrysowane czarnym markerem w dziwny wzór.

- To jest coś ważnego? - spytał lekko potrząsając pudełkiem.

- Tak, to jest bardzo ważne. Możesz zobaczyć co jest w środku. - Hannah wrzucała do worka na śmieci kolejne niepotrzebne rzeczy. Była na głodzie i czuła się potwornie. Dręczył ją ciągły niepokój, oblewały poty, była pobudzona na zmianę z zapadaniem w drzemkę. Zawroty głowy sprawiły, że od dwóch godzin nie wstawała z podłogi, bo nie chciała się przewrócić. Siedziała i skrupulatnie pakowała swoje rzeczy.

- To ... liściki z kwiatów. Nasze rozmowy, drukowałaś je?

- Miałam w pracy darmowe drukowanie dokumentów, wiec czemu nie. Komputery się psuja, internet też może, albo mi umrze poczta i co. A czytając te rozmowy czasem było mi lżej.

- Urocze, czyli to zabieramy? - dziewczyna przytaknęła. - Pomyślałem, że może zaprosimy Lauren i Briana tutaj na wieczór.

- Nie czuje się najlepiej, wiem że to ostatnia noc w Nowym Jorku, ale... sama nie wiem. Mogę nie dać rady. - Westchnęła - zaprosisz ich?

- Pewnie, jak się czujesz? - sprawdził jej czoło, czy nie ma gorączki.

- Jak gówno, niestety. Ale zasłużyłam sobie. Zadzwoń. - cmoknęła go w policzek i składała swoje ubrania.

 3 godziny później siedzieli wspólnie. Salon był zawalony kartonami, Hannah sączyła wino i prawie się nie odzywała.

- Możemy porozmawiać? - spytała Lauren i wstała. - Chodź do pokoju.

- Nie możemy być świadkami tej rozmowy? - zapytał ciekawski Brian.

- Wy sobie możecie porozmawiać o rozmiarach kutasów, my mamy poważne tematy do obgadania.

- Jakie? której ile się mieści między nogami? - zadrwił Brian i oberwał od swojej dziewczyny garścią orzeszków. - Żartowałem jejku...

- Chodź Hannah - poszła z przyjaciółką do pokoju, usiadły na łóżku. - Co cie gryzie?

- Powiedz mi, że ja dobrze robię wyjeżdżając stąd.

- Nie możesz zrobić nic lepszego w tej chwili. Hannah my po nowym roku też przyjedziemy do Huntington Beach, a być może gdy chłopcy wyjadą za miesiąc w trasę, to przyjadę do ciebie. Chciałabyś?

- Pewnie, że tak. Po prostu Matt nie powinien już mi pomagać, stwarzam tylko problemy.

- Taka jestem biedna och och... przestań się nad sobą użalać, weź się w końcu w garść, doceń to, że on nadal jest przy tobie. Chce ci pomóc, być blisko, wyprowadzić na prostą. Dostałaś po dupie to fakt, ale płakanie i ciągłe myślenie o tym co było złe, nie poprawi twojej sytuacji. Masz wokół siebie ludzi którzy cie kochają, zawsze chcą ci pomóc. Wiec przestań pieprzyć, weź się za siebie.

- Czy ty mnie właśnie konkretnie zjebałaś? - uśmiechnęła się.

- Wiem, że tylko takim sposobem, można ci coś wyjaśnić, bo głaskanie cię po głowie, niestety nie daje efektów. Trzeba tobą wstrząsnąć.

- A jak ty się czujesz?

- Dobrze, mam małego psa, który sika mi do butów, mam faceta, który nie opuszcza deski, ale kocha mnie więc mu wybaczam. Cieszę się tym co mam i nie myślę o tym co straciłam. Bo to nie pomaga, a tylko psuje mi nastrój. A wiem, że nie mam tak źle... inni miewają gorzej.

- Zawsze to w tobie podziwiałam, to jak radzisz sobie z problemami. Wiesz, że ja też staram się nie chować, ale czasem to nie wychodzi.

- Łatwiej jest się użalać nad sob. Hannah ja rozumiem, ze ty wiele przeszłaś, ale po prostu wydoroślej. Sama mówiłaś, że dopiero zaczyna się nasze dorosłe życie i dorosłe problemy. A facet, którego nie ma przy tobie, bo mieszka gdzie indziej, czy jest w trasie, to nie jest powód do ćpania i staczania się na dno. Ponieważ on cię kocha i nigdy nie potraktował cię tak jak twój poprzedni, niby chłopak. Nie wszyscy są tacy, nie każdy facet, który nie może spędzić z tobą 100% swojego czasu, od razu wkłada kutasa miedzy nogi innej kobiety.

- Już dość, ja rozumiem...

- To jeszcze wykorzystaj to, że rozumiesz, żeby cieszyć się życiem. Bo masz powód.

- Dzięki Lauren, nie bez powodu jesteś moja najlepszą przyjaciółką - przytuliła się.

- Zawsze do usług, mały, uparty gamoniu. - poczochrała jej blond włosy.


   Koło 2:00 w nocy pożegnali Briana i Lauren. Sami wzięli prysznic i poszli spać. Z samego rana przyjechał samochód, który miał przewieźć rzeczy Hanny do Kalifornii, a oni sami udali się na lotnisko.

- Uśmiechnij się - powiedział Shadows i pocałował ją.

- Dziękuje, że mnie stąd zabierasz. - Przytuliła się do jego ramienia.

- Od dawna chciałem cię zabrać. To ty protestowałaś.

- Bo byłam głupia.

Lot trwał 5 godzin, taksówką pojechali pod jego dom, był piętrowy, w kolorze piasku, ramy okien ciemne. Przed wejściem kawałek trawy z wysoką palmą.

- Ładny.

- Nie brzmisz przekonująco, wytwórnia zaczęła płacić, wiec zainwestowałem w coś dla nas. - otworzył drzwi.

- Podoba mi się, ale chyba ten gorąc mi doskwiera.

- Przyzwyczaisz się i zaczniesz doceniać. - objął ją i weszli razem do środka.  - Czemu się tak przyglądasz? Pajęczyny, wiem... trzeba posprzątać. Nie miałem na to czasu.

-Dlatego mnie tu zabrałeś?

-Nie, no przestań! Chodź pokaże ci twój nowy dom - uśmiechnął się i złapał za rękę.
 Po prawej stronie były drzwi prowadzące do garażu, w korytarzu obok schodów były jeszcze jedne drzwi do sypialni. Poszli na górę, tam były dwie sypialnie, jedna z łazienką, druga z łazienką i garderobą. - Jeśli będziesz chciała to można wiele tutaj zmienić, nie chodzi o malowanie czy meble, ale o układ domu. Teraz na dół - Zeszli do kuchni, była przestronna, od salonu odzielała ją tylko spora wyspa kuchenna. Z salonu było wyjście na taras. - Ogród jest w strasznym stanie, lepiej cię tam nie wpuszczę. Podoba ci się?

- Bardzo, Matt ja nie wiem co powiedzieć... tu jest cudownie.

- Zaczniemy lepszy etap razem, w nowym miejscu. Uda się, wiem to.

- Czuje się beznadziejnie, tak mało ci daje.

- Wyprałaś sobie mózg narkotykami! - przytulił ją. - Dajesz mi wszystko czego potrzebuje, a ja chcę cie otoczyć opieką i dać ci wszystko na co sobie zasłużyłaś za to, że mnie pokochałaś.

- To nie było trudne, łatwo cię kochać. Jesteś po prostu dobrym facetem.

- Jak to powiedziałaś, łobuz ale z dobrym sercem. - zaśmiał się chrypliwie. - Wszystko się ułoży, zobaczysz.

- Wezmę się w garść, zobaczysz, będę dla ciebie kimś więcej niż kupą problemów. - Powiedziała Hannah, a Matt złapał ją za policzki i patrzył w oczy.  - Co?

- Przestań się tak zachowywać. Tak jakbyś była dla mnie jakimś ciężarem, przestań bo twoje zachowanie boli.

- Przepraszam. Mogę coś ugotować?

- Zamówię jakiś lunch, na co masz ochotę?

- Na ugotowanie nam jedzenia, powiedz tylko, co byś chciał.

- Mamy pustą lodówkę. - podrapał się po głowie.

- No to jedź do sklepu, ja się rozgoszczę.

- Poradzisz sobie?

- Matt, tak. Nie musisz się martwić, nic mi nie będzie. Zajmę się pajęczynami.

- Jesteś jeszcze słaba, odpocznij... - dziewczyna złapała go za policzki, zrobiła mu z ust dzioba i pocałowała, on się uśmiechnął - jeszcze.

- Zachłanny - znów go pocałowała, objął ją i przyciagnał bliżej swojego ciała. Położyła mu dłonie na klatce piersiowej, jego palce zjechały do jej pupy. Zamruczała i zaczęła go całować namiętniej. 15 minut później leżeli nadzy na kanapie, łapiąc oddech. - To było szalone. - Zaśmiała się, a Matt pomyślał, że to jeden z najpiekniejszych dźwięków jakie słyszał ostatnio. Bardzo za tym tęsknił, wiec zaczął ją łaskotać, żeby śmiała się dalej. - NIE! Potworze! - chichotała jak głupia.

- Jeszcze chwile, tak pięknie się śmiejesz - jego palce przebierały sprawnie po jej talii a ona wiła się i śmiała głośno. Dostała całusa w nos - dobra kochana, pójdę do sklepu, co mam kupić?

- Jedzenie, moja pipa pulsuje nadal - zaśmiała się.

- Będziesz długo pamiętać, że byłem w tobie.

- Masz takiego kutasa, że jestem pod wrażeniem, że możesz w ogóle dopiąć spodnie.

- Kupuje w specjalnym sklepie - klepnął ją w tyłek i rechotał pod nosem.

- Ałła!? teraz mi dupa płonie, idź sobie, panie mój kutas jest jak trzecia noga. - chłopak roześmiał się jeszcze bardziej, pocałował je w rozczochrane po seksie włosy. Wstał i ubierał się. - Makaron, pomidory, bazylia, mozzarella... i wracaj szybko.

- Pomasować ci tyłek?

- Mózg sobie pomasuj... - wstała i zbierała ubrania z podłogi.

- Nie złość się, wrócę za 15 minut. - przytulił ja zupełnie nagą, z ubraniami w rękach i czule pocałował. Widząc jej uśmiech pocałował jeszcze raz. - Niech on ci nie znika z twarzy.

- Co ten pypeć przy nosie? - stała przytulona.

- Głuptasie, uśmiech. - smyrał jej plecy - 15 minut ok?

- Czekam - puścił ją i pojechał. A ona się ubrała. Dostała SMS-a, że jest kolejka w sklepie i będzie trochę dłużej. Miała w takim razie więcej czasu, żeby powycierać kurze, poustawiać lepiej jakieś dodatki. Godzinę później jedli makaron z sosem pomidorowym i świeżą bazylią oraz serem. Wieczorem wpadli chłopcy,  to był lek na całe zło, ich energia, chęć do życia i szalonej zabawy sprawił, że Hannah kompletnie wyłączyła złe myślenie. Tej nocy, nie przestawała się śmiać.

***

    Deszczowy wieczór, Brian wziął psa i poszedł na spacer, Lauren wtulona w koc, z kubkiem herbaty. Liczyła krople deszczu na szybie, zatapiając się w dźwięki muzyki, która leciała gdzieś w tle. Trwała w tym stanie, długo, nie wiedziała ile, ale nagle zrozumiała, że za długo nie ma Briana w domu. Ogarnął ją niepokój, że mogło się stać coś złego. Niedawno w ich dzielnicy kogoś napadli. Gdy po raz kolejny usłyszała automatyczną sekretarkę, jej serce przyspieszyło do niebezpiecznie szybkiego tempa. Wtedy nagle do domu wbiegł roztrzepany pies, który za wszelką cenę chciał zjeść to, co miał przyczepione do szyi.

- Chodź do mnie morderco, gdzie jest twój pan?  - zawołała psa, który wskoczył jej na kolana - a co ci się przyczepiło? - chwyciła małe pudełeczko, przyczepione do obroży - Brian?

- Zaraz przyjdę.- starał się odratować kwiatki, które połamał.

- Czekaj, nie ruszaj się, pokaż co tam masz. - otworzyła i zamarła - BRIAN!

Wyszedł niepewnie z połamanymi kwiatkami, stanął przed nią. Był przemoczony, wglądał jak ofiara losu.

- Co, co, co to ma być? - wyjąkała.

- Pierścionek a to kwiaty, ale je połamałem, przepraszam. - rzucił się na kolana - Ja cię tak bardzo kocham! Nie mogę już wytrzymać! ... Wyjdziesz za mnie? - z włosów kapała mu deszczówka.  A uśmiech na twarzy z każdą sekundą wyczekiwania na odpowiedź malał.

- Ja....ja. - wydusiła z siebie -  O kurwa! Ja. Ale? - spojrzała na niego, a na jej sercu zrobiło się tak ciepło i miło. Wiedziała, że to jest ten jedyny. Jego kocha, on ją też i dba jak o największy skarb w swoim życiu. Znali się krótko, ale co to za problem, mają pełno czasu - TAK! Tak, tak, tak...- rzuciła mu się na szyje, leżeli na ziemi, całowali się.- Czy ty wiesz co zrobiłeś?

-Wiem i wcale nie żałuje!- wstali, Brian wziął pierścionek i założył jej.- podoba ci się?

-Jest śliczny, w ogóle to powinnam cię zabić, omal nie umarłam od tej niespodzianki! Kocham cię głupku.

-Dzięki, ale to ostatnie mogłaś sobie oszczędzić.- Tulił ją.

- Pieprz mnie teraz... - wyszeptała mu do ucha.

- Z przyjemnością, narzeczono - wziął ją tu i teraz, zaczął całować, ona jęknęła mu do ust z zaskoczenia i wielkiej przyjemności jaką jej dawał, manewrując sowim językiem w jej ustach.
 Rozebrał ją z bluzki, a następnie zanurzył twarz w jej biuście, rozkoszując się miękką i ciepłą skórą jej piersi. Szybkim ruchem rozpiął sprzączki jej biustonosza, który upadł na podłogę, obnażając jej, jędrne piersi, unoszące się w rytm jej szybkiego, podnieconego oddechu. Objął każdą z piersi dłonią, wyczuwając twarde z podniecenia sutki i pocałował ją mocno w usta. Całując, jego ręka powędrowała w dół, pod materiał jej spodni. Pieścił chwilę jej miękką cipkę przez materiał majteczek, a następnie ona, wyraźnie spiesząc się z podniecenia opuściła spodnie, odsłaniając beżowe majteczki, dobrane w komplecie ze stanikiem. Siłował się przez chwilę z jej majtkami, aż wreszcie zerwał je z jej, nie przerywając całowania, zanurzył palec w jej mokrej szparce. Jęknęła przeciągle, przygryzając ekko usta z rozkoszy i ponownie z pełną stanowczością nakazała mu wejść w nią. Nie zmieniając pozycji, rozchylił dłonią jej cipkę i włożył w nią penisa, który wśliznął się głęboko. Jęknęła tym razem głośno, odchyliła głowę do tyłu, wczepiła się w niego ramionami i pociągnęła go mocno do siebie, nadziewając się na jego członka. Chwycił ją dłońmi za piersi zaczął rytmicznie poruszać biodrami, wypełniając ją kolejnymi posunięciami. Spoglądał na nią z zachwytem, oddawała się teraz całkowicie jemu, a jej piersi falowały rytmicznie z każdym pchnięciem. Jej cipka była przyjemnie mokra, śliska i gorąca i oddając się przyjemności, wsadzał w nią penisa coraz szybciej i szybciej. Czując narastającą przyjemność, sam zaczął mruczeć z rozkoszy, masując jej piersi. Nagle Lauren krzyknęła z rozkoszy, zaciskając mocno palce na jego ramionach, a uda oplatając wokół jego ud. Poczuł jak jej wnętrze zaciska się rytmicznie wokół jego penisa w spazmach orgazmu i po chwili sam, nie mogąc już dłużej wytrzymać narastającej przyjemności, szczytując, wystrzelił ładunek nasienia głęboko w jej gorącą cipkę. Oparła się na nim bezwładnie, jakby uleciały z niej siły które zużyła na namiętny seks, ciężko oddychając i mrucząc mu do ucha, że się dobrze spisał. Gdy znaleźli w sobie resztki sił, poszli na górę pod prysznic, orzeźwieni letnią wodą, mieli na łóżku drugą rundę.
     

środa, 29 stycznia 2014

18. Kolejne pukanie do drzwi.

- Brian ... o kurwa. Brian! obudź się - Patrzyła się na krew która ich otaczała.

- Co się dzieje. Kurwa mać, Co to jest!? - zerwał się na równe nogi.

- Boje się ... Brian boje się! - siedziała przerażona

- Pogotowie, tak - zadzwonił - Moja dziewczyna, krwawi... nie wiem, obudziła się w kałuży krwi, nie wiem... ona jest w ciąży. - Był tak przejęty, że powtarzał wszystko po dwa razy. Czekali na pomoc, przytulał ją, ona łkała w jego ramionach, bała się, wiedziała, że straci to dziecko. Zabrali ją w zakrwawionej piżamie. On zabrał kilka rzeczy na zmianę, ubrał się i pojechał za nimi taksówka, serce mu waliło. Jeszcze przez godzinę jej nie widział. Później niepewnie wszedł na salę.
- Przytul mnie - powiedziała szeptem. Usiadł na jej łóżku, wziął ją w ramiona.

- Już dobrze kochanie, jestem tu, już dobrze.

- To koniec, straciliśmy je, nie dałam rady.

- Ciii, jeszcze się wszystko ułoży, ja będę przy tobie i damy rade.

- Powiedz, że mnie kochasz.

- Kocham cię, najmocniej na świecie, nigdy nie przestanę.

- Przepraszam - kolejne łzy rozpływały się po jego koszulce.

- To nie jest twoja wina, tak musiało być, przykro mi, ale nie obwiniaj się.

- Nie chcę, żeby było ci przykro...

- Jest mi przykro, że musimy przez to przechodzić, że cierpisz.

- Chcę zadzwonić do Hanny... proszę daj mi telefon.

- Odpocznij, ja zadzwonię.

- Nie, ja chcę sama, potrzebuje jej... proszę. - dostała telefon i wybrała numer. Po trzech sygnałach odezwała się przyjaciółka.

- Hallo? Brian czemu czemu dzwonisz do mnie o tej godzinie, ej Hallo?

- To ja, Hannah... stało się coś złego.

- Chryste, Lauren, co się stało? Gdzie jesteś?

- W szpitalu, ja, ja nie wiem, to ... się stało w nocy ja... ja poroniłam. Hannah potrzebuje cie.

- Kochanie, mój boże... jestem u rodziców Matta, będę najszybciej jak mogę, zaraz poszukam samolotów. Będę przy tobie, Brian jest przy tobie?

- Tak, jest tutaj, chce też ciebie.

- Zaraz sprawdzę samolot, dam ci znać jak wsiądę do samolotu, będzie dobrze Lauren, wiesz  o tym. Masz nas wszystkich.

- Dziękuje... - rozłączyła się i wtuliła w silne ramiona swojego mężczyzny.

Dwa dni później
 Zmienne nastroje Lauren, dawały mu się we znaki. Gates nigdy nie wiedział jak zareaguje, na to co powie. Dla nich obojga to był stresujący czas. Trochę się kłócili, ale on i tak ją kochał. Wpadł na pomysł, kupi psa, małego uroczego szczeniaka, dziewczynie włączy się instynkt macierzyński, a niestety na pociechę się nie doczekają. A taki mały wariat w ich domu, odciągnie nieco czarne myśli. Zerwał się rano i pojechał po nieświadomą niczego psinę, w schronisku roiło się od małych uroczych szczeniaków, potrzebujących domu. Nie zastanawiał się długo, brązowy kundel, z klapniętym uchem i niebieskimi oczami, jedyny i wyjątkowy. Wracał z czerwoną kokardą na szyi polubił swojego pana, bo go głaskał i dawał gryźć palec. Oboje weszli do domu, Lauren dalej spała. Uciszał psa, który skomlał.

- Jak będziesz tak płakać, to cię oddam, - na te słowa pies tylko ziewnął i układał się do spania na jego rękach. Postawił czworonoga na łóżku, mały zainteresowany nowym człowiekiem do kochania podbiegł bliżej śpiącej dziewczyny. Zaczął intensywnie lizać ją po buzi.

- Kochanie, proszę... nie teraz.- przykryła się szczelniej...

- Ale to nie ja!

- Więc kto... - otworzyła oczy - Piesek! piesek! Skąd go masz? JEZU! Skąd ty masz psa?!

- Pojechałem do schroniska i wziąłem go. - był rozbawiony bo maluch grasował już na łóżku biegając dookoła.

- To najlepsza pocieszająca mnie kuleczka na ziemi. - wzięła psa na ręce - jesteś taki śliczny.

- Dobry pomysł, o tak Brian, jesteś mistrzem - ucałował Lauren i psa.

- Jak go nazwiemy? Może Mała Słodka Kuleczka.

- To świetne imię, ale nie dla tego psa  - zaśmiał się, widząc radość u swojej dziewczyny, było mu od razu lżej i sam zaczął widzieć przyszłość w kolorowych barwach.

***


Jesień Listopad 2005r.
Ostatnie dni były deszczowe, powracające wspomnienia, melancholia, brak bliskich, najpierw brała sportowo. Myślała że tak się utrzyma, jednak częściej chciała zapominać, częściej chciała nie czuć bólu, brała więcej, częściej, wpadła w ciąg. Nie miał jej kto pilnować, Lauren pracowała z zespołem, chłopcy byli w trakcie promowania płyty. Każdy dzień wyglądał podobnie, brała prysznic, wciągała kreskę, lub wpuszczała sobie dawkę narkotyku dożylnie. Szła do pracy, wracała do domu, znów brała, zasypiała. Jej monotonie zepsuł pewnego wieczoru dzwonek do drzwi, pół przytomna chowała narzędzia zbrodni, była naćpana.

- Matt.. - jej słowa były ledwie słyszalne.

- Mój boże - złapał ją, bo dziewczyna leciała z nóg, pchając drzwi nogą, zamknął je. Poszedł z Hanna do sypialni - Kochanie, coś ty narobiła. - Widok jej kompletnie naćpanej, znacznie szczuplejszej, sprawiał, że pękało mu serce.

- Kochaj się ze mną... tutaj teraz - pocałowała go, chciała znów ale ją tylko przytulił. - nie odmawiaj mi! nie odmawiaj... chce cię mieć... - rozpłakała się.

- Masz mnie, jestem tu. - gdy dziewczyna się uspokoiła, wziął ją do łazienki, rozebrał, pomógł jej wejść pod prysznic. Sam po chwili też był kompletnie nagi, wszedł do kabiny. Stali w strugach ciepłej wody, wtuleni. - Umyje ci włosy, odwróć się.

- Nie zostawiaj mnie. - odwróciła się, a jego dłonie masujące, jej naćpaną głowę, sprawiały wiele przyjemności.

- Nie zamierzam cię zostawić. Pomogę ci. - umył resztę jej wychudzonego ciała, przejechał palcem po jej kręgosłupie - Kotku, coś ty ze sobą zrobiła.

- Bałam się. Tak długo nie wracałeś.

- Wiedziałaś, że pracuję i że w tym tygodniu przyjadę. Nie zostawię cię już. Nigdy, to cię za bardzo niszczy. - po tych słowach Hannah już nic nie pamięta.
  Rano zobaczyła swojego, śpiącego chłopaka. Coś w niej pękło, stała i zalewała się łzami, z jednej strony chciała wziąć, z drugiej wiedziała, że nie może, przecież go tym krzywdzi! Wyciągnęła wszystkie prochy, tabletki, co miała by się zaćpać po kolei wyrzucała do kibla. Wiedziała że to był początek jej męki. Ale chciała z tym skończyć! Dlaczego w ogóle zaczęła, cholerna ćpunka! Spuściła wodę koniec ucieczki, początek bólu psychicznego i fizycznego spowodowane odstawieniem heroiny. Siedząc przy stole w kuchni, sącząc herbatę, zobaczyła go, przyszedł, oparł się o blat i patrzył na nią milczał, a jej było coraz bardziej niedobrze. Zawsze ze stresu miała ochotę wymiotować. Bała się, tego co jej powie.

- Co teraz? - zapytał patrząc w podłogę.

- Nie wiem, ale, chcę z tym skończyć.

- Jak długo mnie okłamywałaś? Zawsze zapewniałaś, że jest dobrze. A co się okazało?

- Przepraszam! Co chcesz usłyszeć?

- Prawdę, cholerną prawdę!

- Jestem narkomanką, nie umiem, nie potrafię się uwolnić! Boje się!

-Dałem ci powód, żebyś się czegoś bała?

-Wyjechałeś...

-Musiałem! Chciałem cię zabrać, to ty wolałaś zostać. W sumie to wygodniej ci było zostać, miałaś spokój, mogłaś ćpać ile chciałaś, wiedziałaś, że nikt nie będzie tego kontrolował. Zawiodłaś mnie. Ściągałaś na siebie utratę zdrowia, a może nawet życia, już raz prawie przedawkowałaś!

- Nie krzycz, proszę, ja nie wiem, nic nie wiem, przepraszam... nie krzycz - rozpłakała się, w tej chwili chciała zapaść się pod ziemię, najlepiej już w trumnie.

-Chodź tu do mnie, nie bój się, no chodź - wyciągnął rękę, kiedy podeszła do niego, przytulił ją.- Pomogę ci, wyciągnę z tego, tylko na miłość boską, daj sobie pomóc. Widzisz, że sama sobie nie radzisz. Więc nie ignoruj czyjejś wyciągniętej dłoni. - jego dłonie wodziły po jej plecach.

-Ale nie oddasz mnie do zakładu żadnego?...

-Ja sam Ci zrobię taki zakład, że od razu Ci się odechce!

-Czyli mnie nie zostawisz?- odpowiedź była przyjemna i na pewno nie oznaczała, że ją zostawi. Kochali się w kuchni, na kanapie i skończyli w sypialni.

-No,a teraz... idziemy pakować twoje rzeczy, nie pozwolę Ci tu zostać dłużej. - zaśmiał się i tulił dalej do siebie, leżeli nadzy w łóżku.

- Gdzie mam się pakować? - spojrzała przerażona.

- Zabieram cię do Huntington Beach. I nie sprzeciwisz mi się, znajdziemy ci pracę. Lauren ma Briana i z tego co wiem, też chcą się przenieść. I koniec dyskusji - pocałował ją. - Masz jakieś kartony?

- Coś się znajdzie, ale - Matt położył palec na jej ustach, przytuliła się jeszcze do niego.

17. To...

 Tydzień później
  Brian właśnie przeżywał swoje pierwsze spotkanie z maluszkiem...trzymał Lauren za rękę i patrzył w ekran jak zahipnotyzowany. Taka mała fasolka, to będzie ich dziecko. Może taki mały chłopczyk, który będzie grał na gitarze, albo niech robi cokolwiek, niech będzie. Albo mała córeczka, której pokój będą przepełniały pluszowe misie.
- To dziewczynka? - Zapytał zafacynowany.

- Och, przykro mi, jest jeszcze za wcześnie na ocenę płci. - Powiedział lekarz i włączył im bicie serca ich dziecka.

- To... - lekarz skinął głową, przytakując Lauren - jak szybko bije, to piękne.

- Czemu tak szybko bije? zmęczył się?

- Nie, spokojnie, to normalne. Serce bije w dobrym rytmie. Dziecko rozwija się prawidłowo, pozostaje mi tylko pogratulować. - podał dziewczynie ręcznik, żebyś powycierała sobie brzuch, gdy to zrobiła Brian ucałował ją w brzuch, miejsce gdzie mieszkało ich dziecko.

- Rośnij szybko, nie mogę się już doczekać - jego ciepła dłoń dotykała jej skóry - Kochanie myślisz, że będę fajnym tatą?

- Jejku nie wiem, nie zadawaj mi takich pytań, ja ciągle nie mogę uwierzyć, że mam wspólokatora, a ty mi z jakimś tatą. - Wstała i poprawiła ubranie.

- Proszę receptę, to witaminy, z pewnością nie zaszkodzą. I zapraszam za miesiąc. - Uścisnął im dłonie, poprosił kolejną pacjentkę.

***

   Matt zabrał Hanne do swoich rodziców. Już kiedyś mówił jej, że koniecznie musi ją przedstawić i bardzo chce, żeby poleciała z nim do Kalifornii. Długo się opierała, ale teraz zrobiłaby wszystko, żeby być przy nim jak najdłużej. Jechali jego samochodem, przez ulice oblane słońcem i gorącem. Dobrze, że go posłuchała i ubrała szorty i top na ramiączkach, w przeciwnym razie umarłaby.
- Denerwuje się. - Powiedziała opierając głowę na ręce, którą trzymała w miejscu opuszczonej szyby. Jej włosy rozwiewał pęd powietrza.

- Przecież cie nie zjedzą, mówiłem ci, że oni bardzo chcą cię poznać. I ja też się denerwuje.

- Ty? Niby dlaczego, ja cię nie zabrałam na drugi koniec świata do mojej rodziny. - usiadła normalnie w fotelu.

- Mam się czym denerwować, nigdy nie przedstawiłem żadnej dziewczyny moim rodzicom. Nie wiem nawet czy mogę powiedzieć, że miałem dziewczynę.

- Mówiłeś, że miałeś kilka. Kłamałeś?

- Nie, po prostu, okej miałem wiele dziewczyn to jest fakt, ale nic poza seksem mnie z nimi nie łączyło. Może z jedną, ale nie zasługiwała na przedstawienie mojej rodzinie.

- Kochałeś ją?

- Cholera, te twoje pytania, w których jesteś taka dosadna. - nie odpowiedział.

- Nie wkurzaj się na mnie, to tylko pytanie, nie musisz odpowiadać, ani się denerwować.

- Jesteśmy na miejscu. - wysiadł, złapał ją za rękę, gdy stała już obok. - Gotowa?

- Jeśli mi powiesz, że nie jesteś na mnie zły. - zamiast słownej odpowiedzi, dostała jego ciepłe usta. - Gotowa. Mama Matta, Kim, otworzyła drzwi i na jej buzi pojawił się niekontrolowany, uśmiech od ucha do ucha. - Dzień dobry.

- Już jesteście, to cudownie, wejdźcie, no już - wpuściła ich, stanęła przed Hanna, spojrzała na jej dłoń, którą jej podawała - Nie wygłupiaj się - przytuliła dziewczynę - dobrze cię w końcu widzieć.

- Mi też jest bardzo miło - blondynka stała oszołomiona ogromem czułości jakie dostała.

- Mamo, może już wystarczy, wystraszysz ją.

- No już już. Garry! no chodź tu, Hannah już jest. Wybacz. - Uśmiech nie schodził z jej twarzy.

- Witaj Hananh, jestem Garry - również wziął ją w ramiona.

- No już, już wystarczy, to moja dziewczyna, dość przytulania. - śmiejąc się zabrał ja i objął.

- Chodźcie do jadalni, już podaje obiad.

- Ja może w czymś pomogę - zaoferowała się Hannah, ale Matt ja przytrzymał, gdy już miała iść.

- Idziemy do jadalni. Mamo, Amy dzisiaj przyjedzie?

- Powinna być na deser, ma trening. - poszła do kuchni. Dom jego rodziców, nie był ogromny, ale przestronny. Usiedli przy stole, zaraz dostali pieczonego kurczaka plus różne dodatki, każdy nakładał sobie. - Mam nadzieję, że będzie ci smakować. Matt nie chciał mi powiedzieć, co lubisz.

- Jem wszystko raczej, a to jest bardzo smaczne.

- Jesteś bardzo miła, prawda Garry, że jest miła?

- Mamo - upomniał ją Matt.

- Daj się dziewczynie najeść, będzie jeszcze czas na zachwycanie się - powiedział ciepło ojciec.

- Jeszcze nie masz ochoty uciec? - Shadows spytał dziewczyny.

- Jeszcze nie. - uśmiechnęła się i zajęła obiadem.

  Po sytym obiedzie, który przygotowała jego mama, były różne krępujące dla chłopaka opowieści z jego dzieciństwa. On błagał by mama przestała, ona za to na złość jemu, opowiadała coraz to gorsze rzeczy, jego ojciec oraz Hannah płakali ze śmiechu.

-Wszyscy przeciwko mnie... - posmutniał i poszedł na dwór do psa.

-Nie przejmuj się nim, przejdzie mu, może chcesz jeszcze ciasto?

-Dziękuje, jest pyszne, ale chwilowo mój brzuch mówi "nie, nie, już nie mogę więcej jedzenia" także.. ja pójdę do niego.

-Idź, idź, już się pewnie nie może doczekać kiedy damy mu spokój.- powiedział dalej rozbawiony ojciec.

Poszła do niego, siedział na krześle, przy stole na tarasie, był przygnębiony, stanęła przy nim, objął ją i posadził sobie na kolanach.

-Nie lubię kiedy moja mam to robi. Kiedyś opowiadała to tylko moim ciotkom, to już było upokarzające, a teraz?

-Przestań, dla mnie i tak jesteś dużym, silnym, przystojnym, romantycznym, opiekuńczym... mężczyzną. Nie jesteś posiusianym bobasem już nie siusiasz w majtki - zaczęła się śmiać- przepraszam... -  Zaczął ją łaskotać, broniła się, ale to nic nie dawało, konała ze śmiechu, gdzieś czasem ukradkiem ją pocałował, potem przerzucił przez ramie i szedł z nią do pokoju, ona biła go po dupie. - Puść mnie, jesteś nienormalny - śmiała się - postaw mnie natychmiast, hultaju... no postaw.

- Ani mi się śni! - szedł zadowolony, przeszedł koło rodziców - będziemy grzeczni, bez obaw.

-Nie zapomnij o zabezpieczeniu... - odparł ojciec, nastała grobowa cisza, potem nieustający śmiech.

-My będziemy się rozmnażać!

-O nie, ludzkość nie zniesie więcej takich łobuzów! - odpowiedziała matka z bananem na twarzy.

-Pomyśl co będzie, jak się urodzą takie małe niegrzeczne dziewczynki! - dostał w tyłek, aż syknął z bólu. - Ałł, za co... - i znów się roześmiał.

-Za córkę! Postaw mnie! No postaw. Jestem bezradna.

-Mam inne plany - teraz on jej zasadził klapsa w tyłek, a on aż krzyknęła. -  paaaaa - pomachał rodzicom, poszli do jego pokoju. Ona znalazła album z liceum, najpierw się śmiała. - Oddaj to.

- Nie - stała na łóżku - wiesz, że z każdym rokiem, byłeś coraz bardziej smutny? No kto nie lubił szkoły? - Pisnęła bo złapał ja za nogi i pociągnął, co spowodowało upadek, potem krzyczała i śmiała się na zmianę. Łaskotał ją bezlitośnie.

A na dole w tym czasie...
-Myślisz, że to zawsze tak jest kiedy uprawiają sex? - zapytał ojciec, śmiejąc się. Miał doskonały humor, bo widział, że jego syn wreszcie zaczyna jakiś normalny związek. Na kimś mu zależy.

-Ty cholerny zboczeńcu, oni przecież, nie... a idź durny stary ty! - popukała się po głowie i zaniosła naczynia do kuchni.

***

Zero snu, Lauren starała się zaplanować rozmowę z rodzicami. To naprawdę trudne, szczególnie, że nie byli zadowoleni, że z nim jest. Może lepiej nie mówić? No ale i tak kiedyś będzie musiała. Nie teraz jednak kiedy potem? Wzięła głęboki oddech, numer wybrany. sygnał pierwszy, trzeci, piąty, nikt nie odbiera! Dzięki ci panie! Kojąca cisza nie usypiała Lauren, tkwiła w swoim problemie. Robiąc coś ciepłego do picia rozbiła kubek. Modliła się, żeby to nie obudziło Briana. Bóg jej nie słuchał. Zaspany chłopak przyszedł do kuchni przy okazji napił się wody.

- Kolejna zarwana noc? Wracaj do łóżka, wykończysz się.

- Wiesz, że nie mogę spać.

-Właśnie widzę, Lauren, co się dzieje mm?- Podniósł palcem jej twarz, żeby na niego popatrzyła.- No powiedz, przecież jest coś nie tak.

-Chciałam powiedzieć rodzicom o ciąży, nie dodzwoniłam się, ale to nie dlatego taka jestem. Boje się ich reakcji, wiem, że nie tak sobie to wszystko wyobrażali. Zawiodłam ich...

-Co? Zawiodłaś ich? Czemu bo kochasz? Bo zrobiłaś coś inaczej niż oni zaplanowali? Kotku, to jest twoje życie, ty nim kierujesz, nie oni! Jakby ci powiedzieli, że masz sprzedawać ubrania, a nie produkować muzykę, to byś sprzedawała te cholerne ubrania? Bo oni tak chcieli? - przytulił ją i pocałował, wytarł jej łzy - Chodź idziemy spać i nie płacz, przecież nie ma po co.

-Kocham cię wiesz? - tuliła się

-Wiem, wiem... ja ciebie też. -wziął ją na ręce i poszedł do sypialni, przytulił do siebie, kiedy już leżeli - Już nie będziesz smutna?

- Śpij...

- Uważam, że nie masz się czego obawiać, najważniejsze, że chcemy tego dziecka i wiem, że sobie poradzimy. Płyta już niedługo będzie wydana, nagramy teledysk i machina ruszy... Damy sobie radę.

- A twoi rodzice już wiedzą?

- Wpadną w przyszły weekend z wizytą.

- Co!!! - była wściekła - i ty dopiero teraz mi o tym mówisz? zwariowałeś!? ... tak ty zwariowałeś, zawsze byłeś popieprzony, ale teraz to już po prostu ostatnie stadium. Czemu nie uzgodniłeś tego ze mną!

- Lauren, uspokój się, ja wiem hormony ci szaleją, ale spokojnie. Oni nie gryzą.

- Ja ci zaraz odgryzę głowę!

- Uuu, modliszka - pocałował ją. - Dobranoc słodka.

- Pocałuj mnie w dupę - odwróciła się na bok, zaraz poczuła jak wtula się do niej na łyżeczkę.

- Nie wściekaj się, słodka jesteś wtedy, ale powinnaś unikać zdenerwowania.

- To mi nie dawaj powodów. - głaskała jego dłoń na swoim brzuchu. On już nic nie mówił, zasypiał.

16. O kurwa

Ta cała akcja ją wykończyła. Tak bardzo się bała, że straci Hanne. Brian i Lauren spali razem na poczekalni, wyglądali uroczo. Rano obudził ich lekarz, przyszedł z lepszymi informacjami. Blondynce się polepszyło. Miała zapaść, a większa dawka mogła ją zabić. Zawdzięczała życie, intuicji Lauren. Do Briana zadzwonił Matt.
-Kutasie mówiłem ci, żebyś nigdzie nie szedł, tylko poczekał aż Lauren wróci.

- A po co mi Lauren. Dzwoniłeś tyle razy, co się stało? - spytał zaspany.

- Hannah jest w szpitalu, miała zapaść, wzięła heroinę i leżała w domu, całe szczęście, że Lauren ja znalazła.

- Co ty pieprzysz... - nie mógł w to uwierzyć, wypierał myśl, że mógł się mylić w ocenie sytuacji i odpowiadał teraz za stan Hanny. - To nie jest prawda!

- To jest prawda, zjebałeś i dobrze o tym wiesz. Wystarczyło się nie unosić męską dumą, tylko pomyśleć. Ona była już jedną nogą na tamtym świecie i to jest twoja wina! W ogóle o nią nie dbałeś.

- Nie mów tak! ona się odwróciła od nas, pisałem, dzwoniłem, prosiłem i nic... wiesz, że mam swoje życie w Kalifornii i godzę to jak mogę. Ja przyjadę.

- Jak chcesz. - podał mu adres szpitala i rozłączył się.


Lauren poszła do Hanny, najpierw długie milczenie, aż w końcu:
-Dlaczego?

- Nie chcę teraz o tym mówić... - odwróciła się na bok, plecami do przyjaciółki.

- Matt cie skrzywdził? Powidz, zniszczę go - delikatnie głaskała jej ramie.

- Nie męcz, proszę. To jest popieprzone, całe moje życie to jedno wielkie popieprzone coś.

- Czemu nie zadzwoniłaś, pomogłabym ci.

- Musisz prawda? nie wytrzymasz jak się kurwa wszystkiego nie dowiesz...  Do studia przyszedł facet, dobierał się do mnie, Matt to widział, ale źle odebrał. Prosiłam, błagałam, zostawił mnie samą i mój świat przestał istnieć. Ot cała opowieść! idź sobie.

- Zostanę, nie możesz być teraz sama. - Obie spojrzały w stronę drzwi, za którymi rozlegały się donośne głosy dwóch mężczyzn.  Brian nie mógł dłużej utrzymać Matta, który wszedł na sale, obie były zaskoczone, że go widzą.

-Co ty tu robisz? -powiedziała wkurzona Lauren - Wyjdź, to twoja wina!

- Proszę, zostaw nas - powiedziała Hannah i patrzyła na niego, teraz był jej ukochanym Matt'em. Jego wzrok był pełen troski. - Proszę, wyjdź, chce z nim porozmawiać.

- Masz więcej szczęścia niż rozumu, zasrańcu... - wyszła i nie mogła usiedzieć w miejscu.

- Hannah, nie mam nic na swoją obronę, przepraszam. - dotknął palcem jej dłoni, zabrała ją.

- Zostawiłeś mnie wtedy, nie dałeś szansy... widziałeś to co chciałeś widzieć. Tak się bałam,  kiedy pojawiłeś się, to było cudowne, jedyne o  czym marzyłam to być w twoich ramionach. Przy tobie, blisko, czuć się bezpiecznie. Złamałeś mi serce Matt i to w chwili gdy najbardziej cie potrzebowałam.

- Chcę to naprawić, proszę, zrozum... otworzyłem drzwi i jedyne co widziałem to... nie wyglądało niepokojąco.

- Ja płakałam... w ogóle tego nie zauważyłeś, nic nie zauważyłeś interesowało cię tylko, że miałam jego kutasa w dłoni. A nie wiesz, że gdy go nie wzięłam to zaczął mnie dusić.

- Mogę nadal dawać ci bezpieczeństwo, wybacz mi tylko, proszę... błagam... nigdy niczego tak nie spierdoliłem, pozwól mi to naprawić.

- Ja nie mam siły na to, żeby ktoś mnie ciągle krzywdził. Nie wiesz przez co przeszłam. Znasz moją szczęśliwą wersje, bo byłam szczęśliwa dzięki tobie. - dotknęła jego dłoni, spojrzeli na siebie, za moment była w jego ramionach, tuliła się. Znów poczuła się lepiej. - Nie spieprz tego.

- Już nigdy kochanie, przysięgam. Nie mogę cię stracić. - Chłopak odważył się szepnął jej do ucha najbardziej wyczekiwane przez nią słowa. -Kocham Cię.


Rano u Briana i Lauren... on wrócił z apteki, miał coś na nudności, z czystej ciekawości kupił test ciążowy.

- Ale po co się wkurwiasz od razu, zrób - podał jej test, który rzuciła gdzieś na bok.

- Jestem kobietą wiedziałabym. - widząc jego oczy spaniela, lub jak kto woli buldoga francuskiego. - A spadaj... - wzięła test i poszła do łazienki.

- No i jak?

- Jak stoisz pod tymi cholernymi drzwiami to nie mogę uronić nawet kropelki, zajmij się czymś.

- Kochanie, co się dzieje - powiedział Brian po 15 minutach czekania i wszedł do łazienki.

-O kurwa mać...- to były jej słowa zanim zemdlała.

  Chłopak pozbierał ją z podłogi, położył na kanapie i próbował ocucić. Była blada i wystraszona, przytuliła się do niego. Widział już dwie kreski na teście, cieszył się.

-Jestem w ciąży...

- Wiem - uśmiechał się, pocałował ją.

- Ty nie rozumiesz nic... jesteśmy za młodzi!

- Kocham cie, kocham was - jego uśmiech zrobił się bardziej promienny.

wtorek, 28 stycznia 2014

15. Usiadła na ziemi i otworzyła pudełko, miała w nim...

 Poczuła czyjś dotyk na swoim ramieniu, wystraszyła się.
- Jesteśmy sami - mężczyzna zakrył swoja dłonią, jej usta. Ona poznała ten głos, to facet, który współpracował z nią przy ostatniej sesji, bardzo się podwalał. - Wyrywaj się, to mnie podnieca.
Przycisnął ją do ściany, dotykał a jej z bezradności leciały łzy, krzyczała najgłośniej jak mogła. Jego dłoń skutecznie tłumiła wołanie o pomoc, zaczęła się bardziej szarpać, gdy rozpiął jej spodnie i wsadził tam dłoń.
- No dalej, wiem, że ciebie też to podnieca, chcesz mnie. Zaraz będziesz mokra. - zabrał dłoń i rozpiął swoje spodnie, wyciągnął interes - weź go. - gdy Hanna nie robiła tego co chciał, zacisnął dłoń na jej szyi - Weź go szmato... - zalewając się kolejnymi łzami, próbując złapać oddech wzięła go w dłoń. On znów położył rękę na jej ustach. Zaczął jęczeć, a ona zamknęła oczy, chociaż wokół panowała kompletna ciemność, myślała, że może dzięki temu, ten koszmar zniknie. Kiedy mężczyzna odwrócił blondynkę tyłem do siebie i chciał zsunąć jej spodnie, cały koszmar się skończył. Leżał na ziemi, leciała mu krew z nosa. Hannah miała przed sobą, gniewny wzrok Matta, który bez słowa wyszedł ze studia. Wybiegła za nim.

- Matt! zaczekaj, kochanie proszę... nie idź ... to nie tak, to przecież nie tak. - złapała go za rękę, a on się wyrwał. - Proszę cie... - płakała, potrzebowała go.

- Miałaś jego fiuta w ręce, nie dotykaj mnie... - kiedy się przytuliła, odepchnął ją - zostaw mnie.

- Matt to nie tak... nie zostawiaj mnie proszę... - odchodził - Matt -szepnęła, a jej świat właśnie się rozpadał. Straciła to co miała najcenniejsze, poczucie bezpieczeństwa.

Szedł wściekły, przepychał się między ludźmi na ulicy, zobaczył to inaczej niż powinien, był ślepy na jej łzy i to, że była cholernie roztrzęsiona. Może był to przez brak zaufania, w końcu mieszkali daleko od siebie. Żadne z nich nie wiedziało, co robi drugie. Dzwoniła do niego, nie odbierał, kompletnie się rozkleiła, przecież ona nic nie zrobiła.

Hannah weszła do domu, z przyzwyczajenia już włączyła muzykę, zaczęła lecieć Avril " I'm With You " A dziewczyna jakby wpadła w szał, zaczęła wyciągać z szuflad rzeczy, wyraźnie czegoś szukała, mając w domu kompletne pobojowisko, usiadła na podłodze. Otworzyła pudeło, w którym miała zapalniczkę, gumową rurkę, łyżkę, strzykawkę i paczuszkę z heroiną. Umiała się tym doskonale obsługiwać. Spojrzała na miejsce po poprzednich razach, sporo blizn. Myśl, że będzie przechodzić przez piekło odwyku ponownie, spowolniło jej chęć wstrzyknięcia narkotyku w swoje ciało. Ból psychiczny okazał się silniejszy, dziewczyna zacisnęła zęby na gumowej rurce i pojawiła się żyła, wbiła w nią igłę a po chwili w jej krew transportowała po jej ciele spokój... piosenka odtwarzała się wciąż od nowa i od nowa. Przestała pamiętać cokolwiek po słowach "Isn't anyone trying to find me? Won't somebody come take me home"


   Kolejne próby skontaktowania się z przyjaciółką, nieudane, kolejny raz i kolejny, nic z tego, telefon milczy. Dręczyło ją to co się mogło wydarzyć. Matt siedział u nich w domu i powiedział czego był świadkiem. Lauren zapaliła się lampka. Jej przyjaciółka nie mogłaby zdradzić. W takim razie ktoś musiał ją skrzywdzić, a jeśli tak było, to mogło się to skończyć tragicznie. Zerwała się i wybiegła z domu bez słowa wyjaśnienia. Pojechała do domu, waliła w drzwi, szukała kluczy.

- Hannah! otwórz proszę! gdzie są te kurewskie klucze - w końcu wysypała rzeczy z torebki, wpadła do domu i zobaczyła swoja przyjaciółkę leżącą na ziemi, igła wciąż zalegała w jej nadgarstku, sprawdziła czy jest tętno, nie mogła go wyczuć i nie wiedziała już, czy to ze stresu, czy nieuniknionej śmierci przy przedawkowaniu. Pogotowie przyjechało bardzo szybko, zabrali blondynkę.

Nagle ktoś zapalił światło, biały sufit raził swoim kolorem, lekarze odetchnęli, usłyszała tylko jedno słowo, „Żyje”. Potem znów zamknęła oczy, wiedziała, że się nie udało. Nawet zabić się nie umie.

Chodziła w tą i z powrotem, czekając na wieści od lekarza. Brian nie mógł jej uspokoić, sam był roztrzęsiony, dzwonił do Matta, ale nie odbierał, przytulił Lauren, próbował ją uspokoić, wyrwała mu się z objęć, kiedy zobaczyła lekarza, nerwowo wypytywała go o przyjaciółkę. Powiedział, żeby jeszcze do niej nie wchodzić, teraz dostała leki i będzie spała. Ale jej życiu już nic nie zagraża. Usiadła na krześle, znów poczuła jego ciepło, tak bardzo go potrzebowała, wtulona w niego zaczęła płakać.

-Jak mogłam ją tak zostawić, wiedziałam, że coś jest nie tak czułam to...

-Jest dorosła, nie możesz jej cały czas pilnować. To nie twoja wina, że się naćpała, najważniejsze, że żyje.

-Ale co się takiego stało? Ktoś musiał jej coś zrobić, ona bez powodu by się nie poddała. Myślisz, że Matt?

-NIE! On nigdy nie zrobiłby jej krzywdy, jestem tego pewien.

-Ale tu nie chodzi o przemoc, mógł ją skrzywdzić psychicznie, ona jest słaba! Jest za słaba... a ja ją zostawiłam...

-Oj proszę cię! Jak się obudzi to z nią porozmawiasz, na razie nie wiemy co się stało, więc nikogo nie obwiniajmy. A ty przede wszystkim nie obwiniaj siebie. Nie jesteś niczemu winna. - pocałował ją w skroń i tulił aż zasnęła w jego ramionach.

14. Poczuła czyjś dotyk, na swoim ramieniu

   Kilka tygodni później, Matt przyjechał z całą zgrają, gotową do nagrywania materiału. Pierwszego dnia kiedy zrobiło się ciemniej, zabrał swoja dziewczynę na spacer. Zaprowadziła go na przystań niedaleko domu, sama bała się tam chodzić kiedy jest ciemno, jednak z nim u boku nie bała się nikogo, ani niczego. Fale rozbijające się o brzeg pomostu na którym stali, gwiazdy, księżyc... ten cholerny nastrój. Ich pocałunkom nie było końca. Przechodzący obok starszy mężczyzna widząc ich powiedział:
-Całuj,całuj... i pilnuj żeby nie uciekła!

-Nie ucieknę! -uśmiechnęła się i przytuliła.

- Nie uciekniesz? kopciuszku. - jego uśmiech wybaczał każde docinki.

- Nie mam powodu, teraz jestem bardzo szczęśliwa, że w końcu jesteś blisko.

   Wrócili do domu, oboje szykowali kolacje. Jednak jak się za chwilę okazało, Hannah była od robienia, a Matt od całowania i przytulania. Dom był pełen ludzi, śmiechu, alkoholu i rodzącej się wielkiej przyjaźni i miłości. A Matt i Brian, byli szczęśliwi, że po kilku tygodniach mogą zasypiać i budzić się przy osobach za którymi tak tęsknią ich serca ... i penisy. (taki żart)

3 miesiące później 
 Koniec kwietnia był bardzo ciepły, słońce codziennie budziło wszystkich, chociaż wcale sobie tego nie życzyli.

- Wstawaj - powiedziała Hannah, próbując się oswobodzić z ramion Matt'a.

- Oj jeszcze chwile. - Przytulił ja bardziej do siebie i spał.

- Zaraz się posikam do łóżka, no puść mnie. - westchnęła - Proszę?

- Sikaj... - wymamrotał.

- Matt!

- Już, już złośnico - puścił ją i spał dalej.

- Boże moglibyście się już wyprowadzić - powiedziała Hannah gdy wyszła z pokoju. Odkąd chłopcy przyjechali nagrywać płytę zamieszkali z dziewczynami. Pomijając niemal ciągłe imprezy, to trzeba doliczyć syf, kiłę i mogiłę. Odgarnęła nogą ciuchy pod drzwiami łazienki, otworzyła drzwi. - Jimmy!  - krzyknęła i trzasnęła drzwiami, to trwało moment, ale widziała tylko jak kolega odwraca się wystraszony, a strumień wykonał za nim idealne półkole.

- Nalałem na podłogę! - śmiał się.

- Chyba zaraz zwymiotuje. - poszła do kuchni, żeby zobaczyć, czy jest coś z czego można zrobić śniadanie. - Kto mi zeżarł kurczaka... co za banda.

- Łazienka wolna. - Rev podciągał spodnie i zapinał je.

- Powycierałeś podłogę?

- A no tak... nie - wrócił i powycierał. - Wolne i czyste, nie złość się. - tak miło się uśmiechał. Nie można się na niego długo złościć.

- Kurwa twoja mać! - wyrzuciła z łazienki swoja koszulkę która była mokra od jego moczu. - Możesz to zjeść. - trzasnęła drzwiami.

- Co się tu dzieje? - powiedział Matt, który cały rozczochrany i zaspany wyszedł z pokoju.

- Twoja dziewczyna będzie miała te dni... - Jimmy otworzył piwo i napił się.

- Odpuść jej, ona się denerwuje tym, że dzisiaj wracam do domu.

- Słyszałeś, że Gates zostaje?

- Ta, ja postaram się też szybko tu wrócić.

- Sprowadź ją do Huntington Beach... tak będzie prościej, już ostatnio miała doła. Nim przyjechałeś nagrywać.

- Rozmawiałem z nią o tym, nie może bo ma tu prace. I nie rozumie, że w LA też znalazłaby prace, a mogłaby być blisko.

Po 4 godzinach opuścili wysprzątany dom. Pojechali na lotnisko, wszyscy bardzo się ze sobą zżyli przez ten czas, ciężko było teraz.

- Odezwij się jak dolecisz, proszę.

- Zadzwonię, obiecuje. I przyjadę niedługo. Nie płacz już, dobrze? - pocałował Hanne i przytulił mocno. - Będę tęsknił słońce.

- Ja bardziej - stała tak w jego ramionach i błagała wszystko co możliwe, by to rozstanie było tylko złym snem. Ale Matt w końcu zniknął, ona spojrzała na zakochana parę. - Możemy już jechać.

- Tak, pamiętasz adres? - spytał Gates.

- Tak - mruknęła i szła przed nimi, obejmowała się rękami, miała na sobie bluzę Shadows'a. Bardzo się zbliżyli do siebie, byli parą, normalną. Mieszkanie razem było cudowne, móc mieć go blisko, codziennie. Teraz czekało ją bycie dziewczyną na odległość, znosiła to okropnie. Potrzebowała jego bliskości, ale miała zbyt wiele zawodowych zobowiązań, żeby wyjechać z nim. Minęli ulice tętniące życiem, wjechali  na ulicę z domem przy domu, jeden inny od drugiego.

- Damy ci znać, czy masz po nas przyjechać - powiedział Brian i wziął Lauren za rękę i poszli do jednego z domów. Dziewczyna była lekko, no dobra, była cholernie zszokowana. Nie wiedziała, czy jedzie przedstawić ja, jego rodzicom, czy chce pokazać swój dom, czy co on właściwie robi. Nerwowo szukał kluczy.

-Gdzie ja je dałem, przecież dopiero tu były. Oo mmm... A nie to nie klucze- zaczął się śmiać, ona zresztą też... po długim grzebaniu w kieszeniach znalazł co chciał, otworzył drzwi. -Nie wykończyłem go jeszcze, ale w sumie można mieszkać. -puścił ją przodem.

-Ładnie się urządziłeś... Nie za duży dom na ciebie jednego?- rozglądała się, on ją przytulił i popatrzył w oczy.

-Nie będę tu mieszkał sam... Lauren ja to zrobiłem dla nas, chciałem żebyś już zawsze była blisko mnie, więc kupiłem dom, wnaprawiłem trochę, no i jest, brakuje mi kobiecej ręki. Tak więc,chciałabyś ze mną mieszkać?

     Stała jak słup soli, nie wierzyła w żadne słowo,  nie docierały do niej, kompletnie ją zatkało. W sumie to by chciała, ale jak to będzie? Tak po prostu się spakuje i będzie z nim mieszkała? Musiała się poważnie zastanowić. Wytłumaczyła mu swoje wątpliwości, chłopak zgodził się, żeby nie podejmowała teraz decyzji, ale jeśli tylko zmieni zdanie to drzwi otworzy kluczami, które jej wręczył. W domu spędzili jeszcze dobrych kilka godzin, wierzcie mi lub nie, ale wcale nie byli grzeczni.

 Minęło kilka słonecznych dni
  Negocjacje między Lauren i Hanną trwały długo. Obie obawiały się tej zmiany. W końcu, to nie było byle co. Przeprowadzka do faceta, z którym się związała, to naprawdę duży krok na przód. Czuła silną więź z Brianem, ale nie wiedziała czy to nie za szybko się dzieje. Może powinna poczekać.

- Na co ty chcesz czekać, przywiozłam ci już kartony.

- Tak bardzo chcesz się mnie pozbyć? - westchnęła Lauren.

- Nie o to chodzi, dobrze o tym wiesz. Cholera masz przed sobą ogromną szanse, wy macie. Spróbuj... nie widziałam drugiego tak zakochanego faceta.

- A Matt, rozmawiacie prawda?

- Tak, Nie odpuszczaj sobie takiej szansy na coś wspaniałego.

- Hannah, poradzisz sobie prawda? Wszystko będzie dobrze, obiecaj mi to.

- Obiecuje, co pakujemy najpierw?

- Cokolwiek - powiedziała bez przekonania i poszły do jej pokoju.

   Pożegnanie, nie obyło się bez łez.. Brian zabrał Lauren do nowego domu, nowego życia, we dwoje.  Hanne ogarniała samotność, której szczerze nienawidziła. Owszem miała kogo kochać, za kim tęsknić... tęskniła. Ale on był daleko.
  Nastał straszny okres. Jedna była szczęśliwa i pełna życia, z drugiej życie uchodziło. Matt często dzwonił, pisał, obiecał, że przyjedzie, żadne z nich nie chciało zrezygnować z marzeń, kariery na rzecz uczucia, więc może lepiej tego nie ciągnąć. Blondynce było coraz trudniej, wracała wykończona po pracy, topiąc smutki w butelce wina... przestała się kontaktować z rodzicami, Mattem, Luren, kimkolwiek. Każdego wieczora, kiedy wracała do pustego, tak cichego domu, ogarniało ją przerażenie. Już kiedyś to przechodziła. Ledwie się pozbierała, nie chce żeby znów tak było. Zazdrościła przyjaciółce, której zacznie lepiej się układało. Szczęśliwie trwała w związku, miała to czego zawsze tak pragnęła. Hannah leżała w salonie na podłodze, kolejny raz z głośników zaczęła lecieć piosenka "Nobody's Home'' dziewczyna śpiewała, kompletnie pijana. Nie podniosła się nawet gdy usłyszała otwierające się drzwi.

-Wiedziałam! To się przecież nie mogło się inaczej skończyć- mówiła podniesionym głosem wyrywając jej butelkę z ręki - jak możesz? Czemu nie dzwonisz, nie dajesz znaku życia, co się z tobą znów dzieje?

-Nic, topie własne życie w butelce wina.

-I to nie jednej- rozejrzała się po pokoju- czyś ty oszalała?

-Ale Lauren, o co ci chodzi? Żyje widzisz, nic mi nie jest! Pracuje, płace rachunki, jem i oddycham... czego więcej potrzebuje człowiek.

-To dlaczego pijesz? Wiesz że to cie do niczego nie doprowadzi. Wstawaj. - wyłączyła muzykę.

- Włącz to, - wstała i sama włączyła -

- Błagam cie skończ z tym, chcesz znów skończyć jak menel? Tak bardzo chcesz wracać to tamtego życia?

-Nie wiem czego chce, gubię się w samej sobie! Mam faceta na odległość, nie czuje jego bliskości, nie mogę go po prostu mieć przy sobie... chyba w ogóle już go nie mam.

-Zostawił cie?!

-Nie! Ale ja po prostu nie mogę tak dalej... nie wiem już co mam robić i jak żyć, czego chcę od tego cholernego życia! Po prostu nie wiem, myślałam już nawet żeby wracać do Polski!

-I znów się poddać? Hannah nie możesz wiecznie się poddawać!

-Ale nie mam też siły żeby się cały czas podnosić!

-Tak, wiem, ale po to masz mnie, rodziców, Matta, żeby ci pomagali! Ale ty oczywiście od nikogo tej pomocy nie chcesz przyjąć. Kiedy się nauczysz, że czasem, pewnych spraw czy problemów nie da się samemu rozwiązać!

-Przepraszam...

-Nie przepraszaj, tylko pożycz mi piżamę i ręcznik.

-Po co?

-Po jajco, nie zostawię cie w takim stanie samej!

-Daj spokój! Nie zrobię sobie nic... Wracaj do Briana!

-Nie, zostaję z tobą, jego i tak nie ma bo pojechał do HB na kilka dni, wole być tu z tobą, niż sama w domu. Zresztą się stęskniłam za naszymi wieczornymi ploteczkami. To jak pożyczysz mi tą piżamę?

-Jasne, może zamówimy pizze? - wzięła telefon i zajęła się zamawianiem. Chciała być już sama, zaczynała się chyba do tego przyzwyczajać i obecność kogoś w domu ją drażniła.

    Noc upłynęła szybko, nad ranem spały skulone na kanapie. Wykąpały się, zjadły śniadanie, gotowe na nowy dzień wyszły z domu. Każda ruszyła w swoim kierunku, otworzyły się drzwi do szarej krainy Hanny. Poszła do ciemni zobaczyć co z jej wczorajszą pracą, odbitki wyszły dobrze. Zajęła się kolejnymi kliszami, które trzeba było nawinąć i wywołać. Musiała to robić w całkowitych ciemnościach, żeby nie naświetlić kliszy. Poczuła nagle, czyjś dotyk na swoim ramieniu...

13. Posłuchaj księżniczko...

  Spokojny wieczór w Nowym Jorku, wino, koc, internet i humus z ogromną ilością czosnku. 

- Pojedziemy do rodziców w przyszłym miesiącu? Sprawdzam właśne bilety i są bardzo tanie. - Powiedziała Hannah przeglądając stronę lini lotniczych.

- Ale zaczynam pracę z chłopakami, kiedy dokładnie? - Lauren usiadła obok i jadła humus.

- Zabierz to, pachniesz czosnkiem na kilometr, albo daj - wzięła kawałek marchewki, nabrała pasty i jadła.

- Odstraszam mężczyzn. I nic nie pachnie gorzej od... dskhieh - nie mogła dokończyć, ponieważ blondynka wepchnęła jej spory kawałek warzywa do buzi.

- Nie zaczynaj mi z historią o skarpetkach. Błagam, chce mi się wymiotować, na samą myśl. - Spojrzała na twarz przyjaciółki - nie dąsaj się, nie bądź dzieckiem.

- Dobrze mamo. To kiedy ten lot?

- Albo za 3 tygodnie, to by wychodziło, że przed nagraniem, albo tydzień po ich przyjeździe. - Ktoś zadzwonił do drzwi. - Zapraszałaś kogoś?

- Kogo? może to znów kwiaty do ciebie - otworzyła - Brian? ... -została przytulona przez chłopaka. - Co ty tu robisz?

- Przyleciałem, bo muszę z tobą porozmawiać. Cześć Hannah - pomachał blondynce, która rozglądała się, czy gdzieś nie ma Matt'a - On nie mógł przyjechać, mogę porwać Lauren na chwile? Na większą chwile?

- Mam coś do powiedzenia? - spytała brunetka, będąc ciągle w objęciach Briana.

- Nie, tylko się ubierz - uśmiechnął się i puścił ją, wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi - ładnie tu, jak przyjechaliśmy wcześniej, to jakoś nie było okazji się rozgościć.

- Zabawne, co u Matt'a ? - nalała nowemu koledze wody do szklanki. - proszę.

- O dzięki, Matt szykuje się do nagrywania, pisze teksty, coś poprawia, albo się wkurwia na nas. Imprezuje. Norma. - wypił wodę do końca. - Ale często o tobie mówi.

- To miło. Gdzie zabierasz Lauren?

- Niespodzianka. Ej powiedz, myślisz, że ona mnie lubi?

- Nie mówiła o tobie za wiele, bardziej w pamięci ma Zacka, ale nie, spokojnie... zrobiłeś taką smutną minę, spokojnie. Pamięta o jego skarpetach. Brian, proszę nie skrzywdź jej.

- Nie jestem idiotą, ani psychopatą.

- Nie?  - zaśmiała się.

- Jestem gotowa, ale Brian... -złapał ja za rękę i wyszli z domu, prawie za nim biegła. On cieszył się jak głupi - Brian, cholera Brian! - zatrzymała się. - Co cię opętało...

- Przepraszam - zatrzymał się i wyciągnął do niej rękę - chodź.

- Ale gdzie, jeju, nie mogliśmy porozmawiać w domu? - podeszła do niego, ruszyli spokojnym krokiem.

- No bo chodzi o to, że chciałem coś dla ciebie zrobić. I idziemy do twojego studia. Mam sporo pomysłów i chcę wiedzieć, czy tobie też się podobają.

- Ono nie jest moje i jest zamknięte teraz. Gates proszę cie... wracajmy do domu.

- Lauren... - stanął przed nią - jeśli mnie nie chcesz to sobie pójdę, ale bo ja chciałem żeby było wyjątkowo.

- Jeśli chcesz, żeby było wyjątkowo, to muszą być kwiaty - uśmiechnęła się do niego, pocałowała w policzek. Dała mu nadzieję. - Chodź do domu, obejrzymy jakiś film, a wyjątkowo będzie następnym razem dobrze?

- To nie miało tak być.

- A jak? to urocze, że przeleciałeś całe stany, żeby mi zagrać na gitarze.

- Bo ci się podobało w autobusie. Widziałem jak mnie obserwowałaś.

- Brzmisz trochę jak psychol, wyglądasz trochę jak psychol. Dobrze, że idziemy do domu. - Spojrzała na niego, był smutny - ej, no weź, ja tak tylko żartowałam.

- Lauren, cholera podobasz mi się... - poczuł jak mocniej ściska jego dłoń.

- Nie mówisz tego poważnie.

- Mówię poważnie, myślisz, że dlaczego pobiłem jakiegoś faceta, bo nie miałem co z rękami zrobić? Pocałowałaś Zacka, ciągle na niego leciałaś... nie wiem co do kurwy mamy w nim widzisz. Tym bardziej, że on ma kogoś w HB. A ja nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził.

- Bo sam jesteś, kurwa rycerzem na białym koniu... taki szlachetny i idealny mężczyzna, ho ho ho, nie ma takich. Ty tez musisz mieć swoje za uszami, wiem to. A do twojej wiadomości, nie mam teraz czasu na przejmowanie się facetami, którzy chcą mi się dobrać do majtek, żegnam. - Otworzyła drzwi i weszła do domu, trzasnęła mu przed nosem.

- Co tak krótko? Gdzie Brian? - w domu rozległ się dzwonek do drzwi. - To on?

- Pewnie on... zakochany kundel. - otworzyła drzwi, Brian wszedł jak do siebie, napierał swoim ciałem na Lauren, stała pod ścianą on przed nią. Patrzył jej w oczy, pochylał się nad nią bardzo blisko.

- Posłuchaj mnie księżniczko... nie chciałem ci się dobrać do majtek, nie znasz mnie wiec nie oceniaj, a skoro nie dajesz mi okazji, żebym ci pokazał jaki jestem, to twoja strata. - Odsunął się od niej, a ona go przyciągnęła i pocałowała. Kompletnie oszołomiony tym co się stało, patrzył na nią i nie wierzył. - A teraz o co ci chodzi?

- Nie idź sobie... - złapała go za rękę i poszła z nim do pokoju. Po chwili już byli nadzy. Całowali się jak dzicy, on jakby czytał w jej myślach i zaczął pocałunkami zjeżdżać coraz niżej. Nie minęła chwila, kiedy ostro manewrował w niej językiem. Palce powoli się zagłębiały, a język łaskotał i napierał. Orgazm nadszedł niespodziewanie. Brian podniósł się, ona szybko wskoczyła mu na ręce, co było nie lada wyczynem, zważając na różniący ich wzrost. Nogami ciasno oplotła go w pasie i unosząc się ku górze, a zaraz potem w dół, wsunęła się na jego penisa.
Na początku powoli poruszała się w górę i w dół, ale zaraz potem zwiększyła tempo, dosłownie skacząc mu na rękach. Przycisnął ją do ściany, zagłębiając się w nie raz po raz. Wbijał się głęboko, całym swoim mieczem, dochodząc do samego końca. Następnie wychodził tak, że pozostawał  w niej sam jego czubek. Dopasowała się do jego rytmu, odpowiednio poruszała biodrami. Poczuła, że wlewa się w nią ciepła substancja. Poczekała do końca, a następni zeskoczyła na ziemię i pchnęła go na kanapę. Zaczęła go ujeżdżać z nowymi pokładami energii. Jej piersi skakały mu przed twarzą, a sutki raz, po raz, ocierały się o kłujący zarost na jego brodzie. Kiedy była  już na granicy, on złapał za jej pośladki, poruszając nimi szybko. Odchyliła plecy w łuk w spazmach orgazmu. Zsunęła się z niego i położyła obok. Wtedy Brian wpił się w jej pierś. Sapnęła lekko. Ssał, przygryzał, drażnił na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy się odsunął, cała płonęła czerwienią. Obrócił ją  na plecy i uniósł jej biodra, zginając nogi w kolanach. Nachylił się nad nią i wyszeptał jej do ucha:
- Jesteś taka ciasna... Taka jędrna… Taka wspaniała…
Szybkim ruchem wbił się między jej  pośladki. Nie tracił czasu na te wszystkie ceregiele, a od razu wsuwał się i wysuwał z prędkością zawodowca. Teraz doszli w tym samym momencie. Gdy ich oddechy wróciły do normy odpłynęli w błogi sen.


" Bardzo mi cie brakuje teraz, słucham ciągle "warmness on the soul" i chce mi się płakać. Tęsknie. 
Hannah." 
Zasnęła nie dostając odpowiedzi, a piosenka leciała wciąż od nowa i od nowa.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

12. Nie zniosę tego smrodu, ani chwili dłużej!

  Lauren, najmniej cierpiąca z powodu kaca, za to doskwierał jej nadmiar mężczyzn w pokoju, którzy jakimś cudem mieścili się na jej łóżku, podłodze dookoła niego i nawet czyjaś noga wystawała z łazienki. Może miała zwidy po alkoholu?  Lub była pod wpływem środków odurzających, w postaci stóp Zacka.

- Fu! Zacky, kurwa zabieraj to sprzed mojego nosa!

-Jeszcze dziesięć minut- okrył się poduszką.

-Tego smrodu, nie zniosę ani chwili dłużej!- Zepchnęła go z łóżka- won pod prysznic!

-Ej, ej, dlaczego mnie tak wygoniłaś? - wziął ręcznik - chodźcie stópki, umyjemy się, bo księżniczce śmierdzi.- zaczął się śmiać i wtedy oberwał od Lauren poduszką, on odrzucił trafiając w Brian`a, który spał na podłodze, zerwał się na równe nogi i rzucił się na dziewczynę

-To atak! Wszyscy się chowamy!

-Zejdź ze mnie! No zejdź - dźgała go palcami i śmiała się bo on zaczął ją łaskotać.

-Ja cie ratuje, poświęcam moje ciało, żeby tobie się nic nie stało a co mnie spotyka? Zero wdzięczności - dalej ją gilgał.

-Nie, nie... nie, nie... - nie mogła się przestać śmiać- zejdź, nie gilaj, proszę!

-Za całusa tu! -wskazał na policzek, kiedy dostał małego buziaka zszedł z niej i budził resztę ludzi.

     Po godzinie, wszyscy byli umyci, pachnący, ubrani w czyste ubrania, jedli śniadanie, które zamówili do pokoju.

- Ej ktoś wie, gdzie się podziewa Matt i Hannah? - Spytała Lauren.

- Pieprzyli się w nocy, to teraz odsypiają. - Powiedział Jimmy i jadł kolejnego tosta.

- Co robili? - dziewczyna była przerażona, tym co usłyszała.

- Pieprzyli się, kopulowali, pukali się, ruchali, seks, parówka w bułkę, umpa umpa, nie wiem jak jeszcze mogę ci to wyjaśnić - drwiącym tonem odezwał się Gates.

- Ja rozumiem, ale... Hananh? serio?

- Byliśmy w pokoju u Matta, wywalił mnie, wyrzucił za drzwi. A w łóżku była blondyna. - Johnny wziął łyk piwa.

- Nie docinajcie im dzisiaj, proszę. Hannah jest bardzo wrażliwa na zdanie innych. - odezwała się Lauren.

- Zack idź do nich - powiedział Brian, a mały zerwał się na równe nogi, błagania brunetki na nic się zdały, chłopak poszedł.


  Tymczasem u Hanny, nim zjawił się Zack. Jadła z chłopakiem śniadanie, nie spali już. Było tyle tematów do omówienia w cztery oczy, tyle planów do przedyskutowania. Słuchała go jak zachipnotyzowana. Czasem się wyłączała, myślała wtedy jak bardzo jej już teraz zależy na nim. A czeka ich kilku tygodniowa rozłąka. Przecież mieszkają tak daleko. Po dwóch różnych stronach stanów, któreś musi coś poświęcić, o ile dalej by mieli to ciągnąć. Jej rozmyślenia przerwał bardzo namiętny pocałunek

- O czym tak myślisz i mnie nie słuchasz? - Matt trzymał w dłoni jej policzek i dotykał jej ust kciukiem.

-  Myślę o tym, jak cholernie będę za tobą tęsknić. Nie wytrzymam tych kilku tygodni.

- Hej, słońce... damy radę. - zbliżył się i pocałował ją - będę codziennie dzwonił i pisał - znów ją pocałował. Nabrali ochoty na małe co nieco przed rozstaniem. Już dobierali się do swoich majtek, gdy ktoś zaczął mocno walić w drzwi.

-Może coś się stało - spojrzała na niego zrezygnowana.

-Stało, komuś się po prostu nudzi - dalej robił swoje, czyli ją całował.

-Zobaczę co się stało - usiłowała się spod niego wydostać.

-Nie, zostań, ja zobaczę - pocałował ją ostatni raz i poszedł do drzwi, stał za nimi Zack

-Nie chcę przeszkadzać... - rozglądał się, szukał Hanny, jak go zobaczyła to mu pomachała, a on się wyszczerzył.

-Ale właśnie to robisz? Wypierdalaj - zamykał drzwi, Zacky przytrzymał je nogą.

-Robiliście to? Ała moja noga. Shads! moja noga! - Kumpel przestał opierać się o drzwi.

-Stary do rzeczy, czemu pukałeś?

-Bo się za wami stęskniłem - zrobił maślane oczy.

-Ja naprawdę mam ochotę cię zabić. Zejdź mi z oczu. - zaśmiał się - jeśli to wszystko czego chciałeś, to idź sobie.

- Może jednak mogę zostać?

- Nie, idź sobie, spierdalaj, won, żegnam, pa pa - popchnął kolegę i zamknął szybko drzwi.

- Na czym skończyliśmy? - dziewczyna wstała, zdjęła jego koszulkę i rzuciła w jego stronę, poszła do łazienki, pod prysznic, on za nią. Tam działa się magia.

     Wszyscy zbierali się do podróży.  Dziewczyny dostały bilety lotnicze, a Brian i Matt mieli dopilnować by bezpiecznie dotarły do samolotu. Inni pożegnali się wcześniej i wracali do Huntington Beach. Cierpliwie czekali z Nimi na samolot, który był dopiero za godzinę, jednak jak nigdy minęła ona bardzo szybko, za szybko.

- Nie płacz, proszę, nie puszczę cie w takim stanie - powiedział Matt przytulając czule swoją blondynę.

- Będziesz dzwonił i przyjedziesz, obiecujesz... - spojrzała na niego zapłakana.

- Jak wrócisz do domu to już będą na ciebie czekały wiadomości o tym jak bardzo tęsknie. - powycierał jej łzy i jeszcze ostatni raz czule pocałował.

- Musimy iść Hannah - Lauren była już w wyściskana przez Briana. - Chodź.

- Dziękuje, to był cudowny początek roku. - cmoknęła go w policzek i jeszcze uściskała Gates'a, pobiegła za przyjaciółką. Kiedy zniknęły im z oczu, aż westchnęli, miłe były te ostatnie dni. Dziewczyny pasowały do rodziny, za tych kilka tygodni będą razem. Tymczasem Hannah spała w bluzie, którą dostała od Shadowsa. Lauren słuchała płyty którą dostała od Briana.

niedziela, 26 stycznia 2014

11. Kochanie przestań!

   Szli korytarzem do pokoju, co chwilę się zatrzymywali przy ścianie. Napierał na nią swoim ciałem, swoim nabrzmiałym kroczem, ocierał się o nią. Usłyszał wtedy jej cichy jęk, który rozpłynął się w jego ustach podczas pocałunku. Hannah wplotła dłoń w jego włosy, przestali się całować, ich usta były intensywnie czerwone, podniecenie sięgało zenitu.
- Powiedz jak bardzo mnie pragniesz - powiedział z lekka zadyszką Shadows. W odpowiedzi dostał kolejny intensywny pocałunek. Doszli do pokoju, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, zaczęli się rozbierać. Kolejne części garderoby spadały na ziemie, a oni w każdej możliwej chwili przywierali do siebie ustami. Pchnął ją na łóżko, dopiero wtedy zobaczył, że oprócz czarnego koronkowego stanika, ma jego obcisłe czarne bokserki. - Serio?  - nie mógł uwierzyć w to co widzi.

- Ściągaj swoje, pokaż co tam chowasz - powiedziała przygryzając swoja dolną wargę.

- Lepiej zamknij oczy, - powoli zsunął swoje bokserki, a jego penis radośnie wyskoczył na wolność. Na twarzy Hanny, przestało widnieć rozbawienie i wyczekiwanie. Pojawiło się przerażenie.

- Ale... wow. - Usiadła i przejechała palcem po jego twardym członku. - Myślałam, że tak jest tylko w filmach. - uśmiechnęła się.

- Nie wiem jakie ty filmy oglądasz. Chyba bym się po tobie nie spodziewał, że oglądasz takie... - spojrzał na nią z podniesioną brewką. - Co zamierzasz ze mną zrobić?

- Coś czego nigdy nie robiłam - pocałowała jego twardego członka w sam czubek, zaczęła go lizać, a później wzięła większą część. Był cudowny. Zaczęła robić mu loda. On mówił, że jestem wspaniała i że nie mam przestawać. Spróbowałam wziąć całego do końca ale niestety się nie udało. Takie bydle ciężko okiełznać.

- Zachłanna... - uśmiechnął się, - spokojnie mała, nic nie szkodzi i tak jesteś cudowna. Och tak, tak jak teraz, jest idealnie. - Jego ton był namiętny, przepleciony pojękiwaniem i mruczeniem. Barwa jego głosu, wszystko potęgowała. Dziewczynie robiło się coraz bardziej mokro, chciała go mieć w sobie, ale postanowiła spisać się na medal i doprowadzić go na szczyt, tyko ustami. Zaś swoją pierwszą, nieudaną, próbę wzięcia go w całości do ust, puściła w niepamięć i postanowiła powtórzyć - Hananh... och skarbie! - Niespodziewanie dla niego zdjęła dłoń i wsunęła go sobie w usta do samego końca. By już po chwili lekko przygryzając zatrzymać się znów na końcówce. Dłonią coraz mocniej drażniła jego jądra. Intensywnej i szybciej ssała go i przygryzała, czując jak krew pulsuje w jego penisie. Oddychał spazmatycznie, ale ona nie przestawała, wzmagając tylko pieszczoty. Z jego ust raz po raz wydobywał się delikatny okrzyk, następny głośniejszy od poprzedniego. Po chwili nie wytrzymał odchylił jeszcze bardziej głowę i trysnął w jej usta. Ona go jednak nie puściła, nie pozwoliła mu odpocząć, tylko ssała z niego życiodajne soki, tak długo, aż całkowicie zmiękł. Wtedy wstała z kolan, wytarła kąciki ust i oblizała palec.

- Spisałam się?

- Szybko i mocno... to jest kurwa niemożliwe, że to twój pierwszy raz. Mmmm - Jego klatka piersiowa poruszała się raz za razem, nie mógł dojść do siebie. Ciągle dryfował gdzieś między niebem a ziemią. Objął ją i sprawił, że znalazła się pod nim, pocałował ją. Rozchylił jej nogi bardzo szeroko - Jesteś gotowa? - uśmiechał się.

- CO?! - spojrzała na jego kroczę, penis znów był wielki i sterczał dumnie - Jak ty to robisz? ... - głośno przełknęła ślinę.

- To twoja zasługa. Będę delikatny. - Włożył czubek. Poczuła jak chce się w nią wbić, ale jest ciasna. Po kilku nieudanych próbach, oboje się już śmiali, aż nagle udało mu się. Patrzył na nią jak na spełnione marzenie. Ona jęknęła i zamknęła oczy, poczuła ból, który mijał z każdym kolejnym pchnięciem.
- Szybciej - wydyszała i pocałowała go. Zaczął przyśpieszać, pierzył ją coraz mocniej. Sprawiał, że było mi wspaniale, jęczała i krzyczała z rozkoszy. Gdy widział, że w tej pozycji już wystarczy, położył się, złapał ją za pupę i posadził na swoim stojącym interesie. Zaczęła go ujeżdżać, on załapał ją za piersi i pieścił je ciepłymi dłońmi. Krzyczała, że jest jej strasznie dobrze, że uwielbia czuć go w sobie. Jęczała jak głupia, nie mogła się powstrzymać. Nigdy nie miała takiego seksu, z tyloma cudownymi doznaniami na raz. Całe szczęście jego to podniecało i był zadowolony, że dziewczyna w której się zadużył, czerpie z seksu z nim, tak wiele przyjemności. Złapał ją za biodra i zaczął pomagać, przyśpieszać, mówił, że jest wspaniała, tak cudowna, że zaraz dojdzie. Ujeżdżała go ostro, zaczęła krzyczeć, że też jest blisko, położył ją. Rozchylił nogi i zaczął bezlitośnie pieprzyć. Ona jęczała, była już strasznie blisko, po chwili zadrżała, jej ciało przechodziły kolejne fale przyjemności... Matt nadal w nią wchodził, lecz ona nie miała siły na to by dalej był w niej. Wyjął go, poruszał swoją dłonią po penisie, by spuścić się na jej brzuch. Podparła się na łokciach i sama chwyciła jego przyrodzenie, poruszając szybko swoja małą dłonią na jego nabrzmiałym członku, doprowadziła go do orgazmu. Ciepłe nasienie rozpłynęło się po jej brzuchu. Zabrał jej rękę, zbliżył się do jej ust i zaczął namiętnie całować. 10 minut później spali, wtuleni w siebie.

  Znalazły się nocne zmory, które po wypiciu niezliczonej ilości alkoholu, nie miały ochoty na spanie. Johnny i  Rev, wymieniali między sobą różne pomysły na zabicie czasu.Może włączyć alarm pożarowy? Ale to już jest takie obcykane. Demolka w pokoju, albo lepiej, trzeba poprzeszkadzać tym co już śpią. EUREKA! Skoro Matt i Hannah zniknęli tak nagle, to trzeba sprawdzić co u nich. Poszli na dół, poprosili o kartę do drzwi, że niby któryś z kumpli im wziął, a śpi w innym pokoju. Jeszcze większy debil dał im ową kartę, uzbrojeni w butelkę szampana, którego ukradli z restauracji, stanęli pod drzwiami pokoju Matta, to był początek ich końca. Weszli do pokoju, po cichu, powoli, któryś potknął się o spodnie leżące na ziemi i zaczął się śmiać, śmiech nie sprawił, że ktoś się obudził. Podeszli do łózka każdy z innej strony, na trzy wskoczyli w przytuloną, śpiącą parę. Hannah i Matt nie kryli zdziwienia, że w łóżku znalazło się o dwie osoby za dużo. Dziewczyna zakrywała się kołdrą, poduszkami, wszystkim co miała pod ręką, chociaż nie była nago. Przed zaśnięciem ubrała jego koszulkę, on zaś swoje bokserki. Chłopcy, uważali swój żart za bardzo udany, w dodatku mieli do rozpowiedzenia super wiadomość. Tylko Shadows był, zdenerwowany?
- Spierdalać... - Powiedział groźnie, zbyt groźnie, żeby mu się sprzeciwiać.

- Och Shadows, nie bądź taki, powiedz nam jak było - powiedział Johnny. - Hannah, ty nam powiedz. - zaczął się śmiać.

- Poruchałeś! to świetna wiadomość - Odparł Jimmy, jednak oboje niezbyt długo mieli powód do radości.

- Ostatni raz mówię, wypierdalać stąd... - nie poskutkowało. Wziął małego kolegę za szmaty i wywalił, dosłownie wywalił go za drzwi. - Rev? ...

- Już sobie idę. Ej Hannah, dobra robota! - wyszedł z pokoju, ciesząc się jak głupi. Matt tylko trzasnął drzwiami. Dziewczyna dalej okrywała się czym popadnie. Dotarło do niej co się stało, wydało się, że spała z Shadows'em. Jak ona się pokaże jutro? Nie chodziło o to, że żałowała. Miała najlepszy seks w życiu. Raczej bała się tego, co sobie o niej pomyślą. Tak już miała, cholernie przejmowała się zdaniem innych. Czasem też za bardzo panikowała. Uspokoiła się dopiero w jego ramionach.

- Wszyscy będą już wiedzieć... - spojrzała na niego smutna.

- Daj spokój, nie mamy się czego wstydzić. To było coś wspaniałego. - Pocałował ją w skroń.

- Mogę cię o coś zapytać?

- Pewnie, zamieniam się w słuch. - Odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.

- Co teraz z nami będzie?

- Przyjadę za kilka tygodni na dłużej do Nowego Jorku, bo będziemy nagrywać materiał. Liczę na to, że będziesz przy mnie wtedy.

- Wierzysz, że coś z tego będzie?

- Ja wiem, że coś z tego będzie. Dałaś mi szansę, dałaś mi siebie, w zamian masz mnie. Całego, łącznie z chorą głową i duszą. Liczę, że będziesz moim lekarstwem.

- Sama potrzebuje lekarstwa, gdy jesteś przy mnie. Bo wariuje.

- Całusy się liczą? - wyszczerzył się, pojawiły się dołeczki.

- Może, niech sprawdzę - pocałowała go. - Tak, to jest lekarstwo.

- W takim razie będziemy się leczyć nawzajem. - poczuł jej usta na swojej szyi. - Druga runda? - wodził dłonią po jej plecach.

- Nie wyciągaj tego potwora z majtek. - zaśmiała się, całowała jego szyje, on też się śmiał. - On ma jakieś imię?

- Nie i aż boje się pomyśleć, jak ty mogłabyś go nazwać.

- Bezwzględna parówa. - Oboje parsknęli śmiechem i nie mogli się uspokoić, jedno nakręcało się przed drugie.

- Chce więcej. - udało mu się wypowiedzieć te dwa słowa, chociaż ciągle się śmiał.

- Nie chcesz, nie proszę, mam takie głupie rzeczy w głowie.

- Mów, rozśmieszasz mnie - położył się, ona leżała na nim, gładził jej plecy delikatnie. Ona miała głowę na jego klatce piersiowej i przymknęła oczy wsłuchując się w bicie serca.

- Co tu masz? - spojrzała na środek jego klatki piersiowej, to co łaskotało jej ucho, to nic innego jak niewielka ilość włosów. Spojrzała na niego, oczy jej błyszczały. - To mały, słodki boberek! - dotykała palcem. Shadows już nie wyrabiał, po prostu nie przestawał się śmiać. - Od kiedy go masz? Od wczoraj?

- Dalej się będziesz nabijać? - zaśmiał się w sobie, uniósł brew.

- Ja się nie nabijam, ja pytam, taki słodki pukiel włosów. Och. - Pisnęła gdy nagle, bez ostrzeżenia, leżała na plecach. A zaraz piszczała i śmiała się, bo Matt bezlitośnie ją łaskotał. - Przestań! Kopnę cię, posikam się, kopnę cię i posikam się. AAAAA! - płakała ze śmiechu. - Litości!

- Nie ma litości! - pocałował ją - Będziesz grzeczna?

- Będę, nie będę - znów ją łaskotał - Przestań! potworze, Matt! Kochanie proszę... - Po ostatnich słowach, on przestał ją łaskotać, a ona zastanawiała się jak to słowo wydostało się z jej ust. - Przepraszam.

- Za co? ... to lepsze niż bezlitosna parówa. - Całował ją, uśmiechał się. - Kochanie.

10. Nie spieprz tego.


- Gdzie wasze dokumenty!? - powiedział głośno i zdecydowanym tonem, jeden z mężczyzn.

- W komodzie, pierwszej szufladzie - drżącym głosem odpowiedziała Lauren - nie zabijajcie nas... - ten, który ją trzymał zakrył jej usta, żeby już nie mówiła. Hannah nadal się wyrywała, jednak gdy zdała sobie sprawę z tego, że nie ma szans to się popłakała.
  Zawiązali im oczy, nie wiedziały co z nimi zrobią, zanieśli je gdzieś, to było miejsce w kórym dziwnie pachniało. Usłyszały uruchamiający się silnik, jakiegoś większego pojazdu, cholernie się bały. Nastała cisza, one już nie krzyczały. Jeden z nich powiedział coś szeptem i stało się, Hannah bez problemu rozpoznała zachrypnięty męski głos... zaczęła się znów wyrywać.
-Puść mnie! puść słyszysz! - wrzeszczała. Matt, który ją trzymał zlitował się i puścił. Zdjęła opaskę i zaczęła go okładać. Szybko złapał jej ręce i zaprowadził na tył autobusu.

- Uspokój się - przytulił ją - Już wszystko dobrze.

- Nienawidzę cie! - mówiła przez łzy, cała się trzęsła, odpychała - Nienawidzę cie, wypuść mnie stąd! - On przytrzymał jej ręce, chciał żeby się uspokoiła.

- Nic z tego kopciuszku, wiecej mi nie uciekniesz. - Przytulił ja mocniej ona go odpychała, ale wreszcie emocje trochę opadły i przytuliła się. - Przepraszam, nie pomyślałem, że to cię tak wkurzy...

-A co miałam zaklaskać z radości, że jacyś ludzie włamują mi się do dom? Bałam się, skąd mogłam wiedzieć, że to ty?  Czemu w ogóle to zrobiłeś? - Wydostała sie z jego objęć.

- Wracamy do Kalifornii z trasy, postanowiłęm cię porwac.

- Rycerz sie znalazł. Boże jaki ty głupi jesteś... ja prawie na zawał zeszłam. - poszła do reszty, przywitała się. Chłopcy byli tacy mili, tacy wstawieni. - Nie możemy z wami jechać.

- Tak jakby nie macie wyjścia, Jimmy zabrał kilka rzeczy. - powiedział Gates upiając kolejny łyk swojego drinka.  - Shadows oszalał więc jedziecie z nami czy tego chcecie, czy nie.

- Ja chcę, nigdzie się nie ruszam! - Lauren piła już piwo, siedziała między Zackiem i Johnnym. - Tylu facetów i my, Hannah to jest najlepszy plan na sylwestra!

- Najpi się czegoś, rozluźnij się... z reguły jesteśmy grzeczni - podał jej drinka Jimmy.

- Ja nie pije.

- W tym miejscu wszyscy piją - powiedział Brian i uniósł wyżej swój kubek. - Panie i panowie, za młodość. - Aż zagwizdał, gdy zobaczył jak Hannah wypija swojego drinka a zaraz po nim kolejnego, którego miała pod ręką. - Nie taka święta na jaką wygląda.

- Nie radzę jej drażnić, mnie już pobiła - powiedział Matt pijąc swojego drinka.

-Co ty taka nerwowa? To był tylko niewinny żart - odparł Johnny.

-Sam jesteś niewinny żart! To była masakra a nie żart! - westchnęła i uśmiechnęła się.

- O nie! - spojrzenia wszystkich skupiły się na Zacky'm - Nie zabrałem wam szczoteczek.

- Nie przejmuj się, nasz nieświeży oddech nie pogorszy zbydnio zapachu w tym miejscu. - Powiedziała Lauren i wyzerowała piwo - Więcej!

- Ciebie lubię! - powiedział Zacky i podał jej kolejne. -Chyba, że wolisz drinka, dzisiaj polewa Brian.

- To w końcu Brian czy Gates? masz dwa imiona?

- Tak, sceniczne i życiowe. - Polał jej - sprawdzimy na co cię stać.

- Nie trzeba mnie upijać żebym poszła z kimś do łóżka, wystarczy być interesującym facetem.

- Nie chcę cię w swoim łożku. Jesteś bardzo bezpośrednia... - Odpowiedział Brian i zajął się rozmową z Johnnym.

- Nie chce cię w swoim łózku. - Powiedziała Lauren pod nosem, robiąc przy tym głupie miny. - Chciałbyś, - uśmiechnęła się pod nosem i piła piwo, wygłupiając się z Jimmym.

- Hannah, możemu pogadać? - Spytał Matt.

- Rozmawiajmy - stała, rozglądając się.

- Chcę bez świadków, no chodź - złapał ją za rękę i poszedł z dziewczyna w bardziej ciche miejce. Usiedli na kanapie z tyłu autobusu. - Dalej masz mi za złe, że cie pocałowałem?

- Ja? Mam ci mieć coś za złe? Nie rozumiem.

- Po naszym spotkaniu stracilismy kontakt, nie było tak jak wcześniej, bardzo mi tego brakuje. Cholera wiem, że całowanie cie tak od razu było głupie, ale nie mogłem się powstrzymać. Nie rozumiem co się ze mną dzieje.

- Matt, ja... po prostu wolałabym, żeby to sie nie stało. Źle zrobiłam pozwalając ci na to. - Westchęła - sama też tego chciałam - powiedziała nie patrząc na niego.

- Teraz to już nic nie rozumiem. Możemy zacząć od nowa?

- A możesz sobie po prostu odpuścić? Jesteś miłym facetem, znajdziesz sobie kogoś lepszego.

- Już znalazłem, nigdy nie poznałem takiej dziewczyny jak ty. Mówię poważnie. Daj mi szansę. - Spojrzał na nia tymi swoimi, przeklętymi, zielonymi oczami. - Proszę...

- I zabierzesz mnie jeszcze na niewinną kolacje? - spytała mając uśmiech na twarzy.

- Na ile tylko, niewinnych kolacji, zechcesz. - uśmiechnął się i pojawiły się dołeczki.

- Aaaa są i one! -wsadziła w nie palce i zaczęła się śmiać. On ją połastkotał, dziewczyna pisneła i wyginała się na przeróżne strony. - Nie, nie, nie. - Wstała i pokarała go placem - mój drogi, nie ze mną te numery. - Śmiejąc się wyszła do reszty ludzi. - Bawicie się bez nas?

- Co Shadows, nie poruchasz? - powiedział Johnny i oberwał od Matta z pięści w ramie. - Jestem pijany, nie czuje.

- Poprawię ci jak wytrzeźwiejesz. Hannah chcesz coś do picia? - nalewał sobie.

- Macie, coś co nie zawiera alkoholu?

- Nie - z dumą w głosie powiedział Zacky.


     Cała siódemka jechała na zachód, gadali, pili. Szczerze mówiąc, to ostro tam imprezowali, rozbierany poker, trwał w najlepsze. Zacky w majtkach, Lauren tylko bez bluzy. Reszta miała na sobie co najmniej jeszcze spodnie.
- Jak to możliwe Hannah, że ty masz najwięcej ubrań, mówiłaś, że nie umiesz grać w pokera - powiedział Matt ściągając koszulkę.

- Ja... ja, ale, ja... -potrząsnęła głową - bo ja nie umiem - nie mogła oderwać od niego wzroku, nie widziała wcześniej, że on ma tatuaże, tyle ich było. - Ładne.

- Ona lubi tatuaże - dodała Lauren, rozdawała karty.

- Zatrzymujemy się? - Brian zaglądał przez okno - to stacja benzynowa, chodźcie po piwo. - wstał i ubierał koszulkę.

- Ja idę po coś zimnego do picia - zerwała się z miejsca Hannah i poszła z Gates'em.

- Coś ci kupić ? - gitarzysta brał sporo piwa.

- No nie wiem, czy przy tym całym porwaniu zabraliście nasze torebki, jeśli nie, to nie mamy kasy.

- Tym razem ci coś kupie, bierz co potrzebujesz, czekam przy kasie. - poszedł jeszcze po inne drobiazgi. Po chwili spotkali się przy kasie. - Odświeżacze powietrza? serio?

- Powiedziałeś, że mogę brać to czego potrzebuje. Brian, słuchaj... powiedz mi, Matt tak zawsze?

- Co? - zaczął się śmiać - on zwariował, uwierz mi, znam go nie od dziś... wczesniej brał co mu wpadło w ręce, byle było odpowiednio mokra przed penetracją. Od kilku tygodni, nie schodzisz z top tematów Shadows'a.

- Myślisz, że mnie lubi?

-Nie wiem, może zwariował, a może się zakochał. Bardziej podejrzewałbym go o to pierwsze, bo nie wiem czy on jest zdolny do miłości. Chyba nikt z nas nie jest. Jeśli szukasz materiału na męża, to żaden z nas sie do tego nie nadaje. Uwierz mi.

- Dzięki za szczerość, męża nie szukam.

- Weź jedną szczoteczkę dla Lauren, chyba, że sobie pożyczacie, czy coś. Może ona ma na coś ochotę?

- Ej panie, nie nadaje sie na męża, coś ty taki, opiekuńczy?

- Jestem po prostu miły, bo za dużo wypiłem. Idź po tą cholerną szczoteczkę. - przewrócił oczami, za chwile odnieśli rzeczy do autokaru.

- To co, nowa kolejka? - zapytał Matt i rozstawiał kubki na drinki.
  Po około pięciu drinkach później... Johnny zarywał coś do Lauren, ale ona się nie dawała. Bardziej przymilała się do Zacka, który też nie ukrywał nieco większej sympatii do niej, dobrze, że jego dziewczyna go nie widzi. W nocy mieli postój, ganiali się po stacji benzynowej wylewając na sie biebitą śmietanę. Jakoś tak wyszło, że Lauren wpadła na Zacka, spojrzał na nią przeszywająco, romantyczny nastrój zniszczył Brian.  Wypryskał koledze śmietanę na twarz.

- Co już nie jest taki piękny, hm? - w odpowiedzi oberwał od dziewczyny serem w spreju. - O ty mała franco! - złapał ja w pasie, rozpiąl jej bluzę, którą dostała od któregoś z chłopaków i prysnął bitą śmietaną miedzy piersi.

- A teraz to wyczyścisz...

- Wiem, że chcesz, ale nie dzisiaj, nie ze mną, poproś Zacka, leci na ciebie. Ale ma dziewczynę, wiec zabawcie się, zanim wróci do domu.

- Nie bawie się w bycie trzecią. - Gates sobie poszedł, ona  wzięła kilka kawałków zielonego papieru ze stacji i wycierała sie.

- Kto sie czubi ten sie lubi - powiedział Jimmy stojac koło Lauren.

- Że ja i on? chyba zwariowałeś...

- Ty może jego nie, ale on ciebie.

- Wole Zacka. Jest milszy. Zabraliście dużo ubrań?

- Nie wiem, ja brałem rzeczy blondyny, a twoje brał Christ, chyba nie zabrał ci bielizny. Pożycze ci.

- Dzięki, wasza bielizna pewnie nie pachnie lepiej, niż wasz autobus.

- Tam mamy świeżo, przysięgam.

- Jesteś pewny co do świeżości każdego? Co wspólne kąpiele? a co jak komuś wypadnie mydło pod prysznicem?

- O kurwa... pomyslałem o tym, że Johnny ma owłosioną dupe...

- Nie, nie, ja dziękuje, spierdalam stąd. Bardzo ci dziękuje serio, teraz już nie zostaniecie moimi przyjaciółmi.

- Ej nie zniechęcaj się! Jesteśmy hetero, lubimy się pieprzyć.

- Razem ze sobą? - zadrwiła Lauren i poszła do autobusu.

- Nie, z kobietami, ej no dziewczyno. - Jimmy śmiał się już z tego wszystkiego.

Nad ranem spali wszyscy oprócz Matta.
-Ej stary, idź się połóż, jest miejsce przecież. - Powiedział Rev i napił sie wody.

- Nie mogę spać. Hannah wczoraj mi powiedziała, żebym jej nie oszukał.. Nie wiem o co jej chodzi. Zmieniła swoje nastawienie do mnie, odkąd wróciła z tymi szczoteczkami. Nie wiesz czy Gates jej czegoś nie nagadał?

- Szczerze, to nie wiem. Ale sam dobrze wiesz, jaki Brian potrafi być wygadany jak sie napije. Tobie che się zaczynać, coś na poważnie? Jesteś młody, wykorzystaj to.

- Już korzystałem i sprowadziło to na mnie same kłopoty. Cholera mamy przed sobą jakąś przyszłość, jest coś na czym nam zależy... -w pół słowa przerwał mu Rev.

- Wszyscy bierzemy sie za blondyne?

- Nawet nie próbuj... -powiedział groźnym tonem, - chodziło mi o muzykę. Nagramy płytę, może czeka nas spory sukces, będziemy tworzyć coś wielkiego... to będzie nasze i będziemy ponosić za to odpowiedzialność. Pora dorosnąć.

- Nie wierzę, że to słyszę z twoich ust. A imprezy? Laski...

- Jimmy kurwa, chce w końcu móc być dobry. Do tej pory nikomu nie zależało, byle sie najebać i naćpać... Jej zależy, żebym nie był taki. Potrzebuje motywacji inaczej skończe w więzieniu, albo kogoś zabije.

- Fakt przy niej zachowujesz się jak Matt, którego nie znam. Ale stary, związek? Pomyśl tylko, trasa, dupeczki, ile chcesz... wszystkie twoje - rozmarzył sie.

- Chce żeby ona była moja.

- Dobra, ja cie nie oceniam, ale jak dla mnie to zwariowałeś. Idę spać. - poszedł na swoje miejsce.


   Koło południa ludzie wstali i ogarniali się do życia. Jedni grali w karty inni słuchali muzyki, którą grał Brian.

- Współpraca z wami będzie przyjemnością. - Powiedziała Lauren i słuchała tego co grał Brian.

- Z tobą pracować,  to będzie coś świetnego  - Powiedział Zack, kompletnie zapatrzony w nią.

- Posłuchaj mnie Zacky... masz dziewczynę prawda?

- Każdy wagonik można odczepić, jedno twoje słowo.

- Ja jebie, daj mi spokój, nie interesuje mnie facet skaczący z kwiatka na kwiatek. - Brian zaczął się śmiać z kolegi. - A ty się nie śmiej tylko graj.

- No przecież gram, nie rozkazuj mi, szefowo.

- Zaczynasz mnie wkurzać wiesz?

- Przepraszam. - To dziwne, Gates po wytrzeźwieniu, był mnijeszym sukinsynem. Stawał się raczej zamkniętym w sobie kolesiem, który grał na gitarze i wydawało się, że to go bardzo uspokaja.

- Jesteś dziwny. - dodała Lauren.

- Ja cie nie oceniam, i ty też tego nie rób, skoro się nie znamy. - powiedział nie patrząc na nią. Nikomu nie mówił, że Lauten mu się spodobała.
  Podczas ostatniego postoju siedziały na krawężniku i gadały o ochłopakach z zespołu.  Brunetka opowiadała jacy to oni nie są spoko, szczególnie dwóch gitarzystów.

- A jak ci powiedziałam, że podoba ci się każdy kto trzyma gitarę, to miałaś ochotę mnie zabić. W sumie weź sobie Briana, ten Zack przypomina mi Franka.

- Brian? Zwariowałaś chyba, on jest dziwny.

- Normalny, wczoraj na stacji pytał czy czegoś nie potrzebujesz to by kupił. I kazał mi iść po szczoteczkę dla ciebie.

- Że niby co, brzydko mi pachniało z buzi?

- Jezu... ogarnij się, po prostu wzięłam dla siebie tylko. I jest jakiś normalniejszy. W sumie nas porwali, wszyscy są popierdoleni.

- A co z Matt'em?

- Nie wiem, Brian mówił, że lepiej z nim nie zaczynać.

- Wierzysz mu? -skonczyła swojego red bulla i wyrzuciła puszkę za siebie.

- Zna go dłużej. Już nic nie rozumiem, serio. Pomóż mi.

- Bierz się, za niego. Widzę jak na ciebie patrzy, jemu zależy na czymś więcej niż wsadzeniu ci parówy.

- Ty i te twoje porady... A jeśli skończy się źle?

- To osobiście go wykastruję, obiecałam ci to już wczesniej. No dalej... ten facet cię porwał. Biorąc pod uwagę, że nie jest terrorystą a całkiem przystojnym facetem... ja bym brała. Tylko mnie podrywa krasnal, a człowiek którego gry na gitarze nie jestem w stanie pojąć, ma wyjebane. Och tak, życie mnie karze w tej chwili.

- Nie panikuj, obezwładnij go swoim urokiem osobistym.

- Czyli co, mam mu pokazać cycki?

- Jeśli to ci pomoże. Chodź. - wstała i poszła do autobusu. Brakowało jeszcze Zacka, który wybierał piwo. Hannah usiadła koło Matta. - Cześć.

-Co się dzieje?

-Wszystko dobrze.- uśmiechnęła się.

- Nie złościsz się już za ten numer z porwaniem?

- Zaczynam doceniać twój pomysł, to takie niemal rycerskie. Wiesz książe uwolnił księżniczkę z wierzy.

- A Lauren była złym smokiem? - zaczął się śmiać.

- Nie, moją złą siostrą bliźniaczką, albo urojeniem, bo przez długie siedzenie w wierzy mi odbiło. - przytuliła się do niego. Był miło zaskoczony, kiedy to zrobiła. On głaskał ją powłosach, potem po ramieniu, nie rozmawiali już. Wystarczyło, że mieli siebie blisko. Lauren ze swoim nowym kumplem, w tej godzinie był to Jimmy, spoglądali na nich, przybili piątke.

 - Twój przyjaciel ma miłe zamiary wobec niej, prawda?

- Cóż, nam się wydaje, że zwariował. Ale wczoraj z nim gadałem i jak tak dłużej o tym myślę, to on sie chyba zakochał. Co jest dla mnie nie do przyjęcia.

- Czemu? ...

- Bo to jest kurwa dziwny człowiek. A twoja przyjaciółka wydaje się taka normalna. Za normalna dla niego.

- Ale nie skrzywdzi jej?

- Nie wiem, takiego go nie znam, więc nie przewidzę jego zachowania. - Jednak mimo tych słów oboje miejli nadzieję, że coś z tego będzie. Jimmy dodatkowo był ciekaw, czy jego przyjaciel długo wytrzyma, jako ten lepszy Matt.

     Dojechali na miejsce, mimo wielu problemów. Wzięli torby, wygłupiali się trochę pod hotelem ścigając się na wózkach przeznaczonych do przewożenia bagaży, dzieci. Wreszcie poukładali swoje rzeczy i poszli do recepcji. Odebrali klucze, poszli do pokoi.
- Dobrze zobaczymy się później. - powiedziała Hannah, wchodząc do pokoju, zobaczyła tam Matta- A... przepraszam, dostałam złą karte.

- Dostałaś dobrą kartę, wejdź.

- Mamy razem pokój? - rozglądała się było tylko jedno łózko.

- Pomyślałem, że przyda nam się troche czasu razem.

- Chciałam się ogarnąć, prysznic i w ogóle.

- Mam wyjść? Widziałem już nagą kobietę. - Uśmiechnął się.

- Zabawne. Twoja pewność siebie na mnie nie działa. Gdzie są jakieś rzeczy, które zabraliście? - Otworzył swoja torbe. - Proszę.

- Między twoimi brudnymi gaciami?

- Brudne rzeczy trzymam w innej torbie. Pójdę sobie, nie wiem tylko o co ci chodzi, dopiero co było dobrze.

- Po prostu uprzedzaj mnie o takich niespodziankach jak wspólny pokój. - Wzięła czyste ubrania i poszła do łazienki, prysznic okazał się zbawienny, wyszła świeża, ubrana w czyste ubranie.

- Myslałem, że wyjdziesz w bieliźnie - oberwał ręcznikiem. - Ej no tylko żartuje.

- Pójdziemy gdzieś na jedzenie?

- Zamówie ci do pokoju, a sam pójde się umyć.

- Jak chcesz. - siedziała na łóżku. Usiadł obok.

- Co jest?

- Można ci ufać? ...

- Nie wiem, kto i co ci powiedział. Może nie mam najlepszej przeszłości, ale własnie przy tobie chcę być inny, lepszy.

- Ja już raz przeszłam przez piekło i jeśli mam w coś ładować swoje uczucia, to nie chce potem żałowac.

- Nie będziesz... tylko daj mi szanse ci to udowodnić. - jej odpowiedź była zaskakująca ale bardzo przyjemna. Czuć jej usta na swoich, warte wszystkiego.

- Ogarnij się i zjemy coś razem. - powiedziała usmiechając się.

Wieczorem wylądowali w pubie, poznały sporo ich znajomych. Zabawa jak to w sylwestra trwała do późnych godzinnocnych, lub wczesnych porannych, jak kto woli. Alkohol, miła atmosfera, fajny facet zrobiło swoje, Zack i Lauren pocałowali się. Nie doszło do niczego wiecej, ona zachowała resztki rozsądku.

- Uroczy jesteś i naprawdę fajnie jest z tobą gada,  ale tylko gada. - napiła się drinka, spojrzała na Briana, który był wkurzony, szczęka mu chodziła.

- Co Gates, jak chcesz to ją bierz, mnie nie chce. - powiedział zack i wypił kolejny kieliszek wódki. - Brian! - krzyknął za przyjacielem, który ruszył do wyjścia, odpychał ludzi, ktoś wkurzony takim zachowaniem też go odepchnał. To tylko podsyciło wściekłość Haner'a który rzucił się z pięściami na niewinnego faceta.  Chwile to trwało zanim udało się odciągnać gitarzystę. Gdy stali wszyscy na dworze, on palił jednego papierosa za drugim i próbował się uspokoić, nigdy nie był tak zazdrosny.
Świadkami tego zdarzenia nie byli Hannah i Matt, nikogo chyba nie zdziwi fakt, że tych dwoje, już było w hotelowym pokoju.

piątek, 24 stycznia 2014

9. Gdy do domu wpada czterech facetów w kominiarkach...

Weszła zmarnowana do domu.

-Aaaaa! Wróciłaś, opowiadaj, opowiadaj! - stanęła przed przyjaciółką podniecona Lauren.

- Dochodzisz czy co? ... nie chce mi się gadać - nalała sobie wody do szklanki.

-Ale nie rozumiem. Co nie przyszedł? Może jednak zrobię herbatę, usiądziemy, jednak pogadamy?

-Jak chcesz. - usiadła przy stole w kuchni.

- No powiedz co się stało, widzę przecież, że coś cię męczy.

- Nie nadaje się do spotkań z facetami, a szczególnie z Matt'em... nigdy więcej, nie mogę.

-Ciebie chyba powaliło, całe życie będziesz uciekła przed facetami? - zalała torebki z herbatą i podała kubek blondynce. - Skrzywdził cie? Jeśli tak to mu urwę jaja i będzie śpiewał już tylko cienkim głosem...

-Ja nie uciekam! albo uciekam... dzisiaj było tak dziwnie.  - posłodziła herbatę i mieszała napar.  - Po prostu jestem skończoną idiotką! Ja nie wiem co mi przyszło do     głowy, ja się z nim całowałam. - Zamiast sensownego splotu słów usłyszała pisk i zobaczyła uśmiech na twarzy Lauren - To nie jest powód do radości, zrobiłam znów to samo... a obiecałam sobie, że tak już nie będzie.

-Ale czy ty już jesteś z nim w ciąży? Z tego co wiem, to przez pocałunek nie można zajść, ani jakbyś mu zrobiła loda. - zaśmiała się. - Ani przez wymianę śliny, bo rozumiem, że języki ruszyły do akcji?

- Cholera, nie pomagasz mi.

- Oj Hannah, popatrz na to z innej strony. Całowanie jest miłe.

- Bardzo miłe. - napiła się herbaty. -  Napisał mi, że mnie przeprasza.

- Ja zrobię drinka, a ty opowiesz mi o do początku jak było. - Wzięła wódkę, trochę soku. - Drink poprawiający aparat mowy i system nerwowy, raz - uśmiechnęła się.

- Ehh...-wypiła wszystko na raz - Powiem ci od razu, nie zależy mi na nim... a teraz kurde Lauren, to była chwila, atmosfera... no wszystko jakoś się tak zgrało. On jest jakiś taki, nie wiem. Nigdy nie czułam się tak, przy facecie.

- Trochę się ostatnio zbliżyliście do siebie, rozmawialiście codziennie po kilka godzin... i dobrze wiedziałaś, że ta "niewinna kawa" to prawdę mówiąc tylko pretekst do czegoś więcej. Teraz pytanie czy chce wiesz, przelecieć i zostawić, czy zależy mu na czymś więcej.

- O czym ty mówisz... nie będę się z nim wiązać, chce to zakończyć, zanim się na dobre zaczęło. To się nie uda.

- Mam ochotę cię teraz walnąć. Co się nie uda? nie znacie się dobrze, potrzebujecie czasu, ej skoro cie przepraszał, to może sam się nie spodziewał, że tak wyjdzie z tym całowaniem. Porozmawiaj z nim na spokojnie. Chyba tyle możesz dla niego zrobić. Przeleciał całe stany dla ciebie.

- I omal nie przeleciał mnie...

- Tak już od razu, chciałabyś - uśmiechnęła się i zobaczyła uśmiech na buzi przyjaciółki. - Ha! mam cie, ty byś chciała! Kim jesteś i co zrobiłaś z  Hanią?!

- Spadaj... co mam robić?

- Napisz do niego, " Nic się nie stało, ogoliłam nogi i coś jeszcze. Przyjedź, po co ma się marnować moja ciężka praca. " - oberwała kostką lodu z drinka - Ej! staram się pomóc. Zakochana Hannah - uśmiechała się dalej.

- Drwisz sobie ze mnie, a ja mam cholerny burdel w głowie. Powinnam mu napisać. -  Wibrował  jej telefon, to Matt. Jednak Hannah nie odebrała i wyłączyła telefon - Ty się nie całowałaś z Frankiem na pierwszej randce!

- No fakt, my od razu poszliśmy do łóżka! - uśmiechnęła się, wspominając całkiem niezły seks. - Zamiast rozpamiętywać to jak Cię skrzywdził kiedyś facet, lepiej zacznij żyć od nowa. Wiem, że potrafisz, wiele razy to już udowodniłaś. Może teraz jest czas na następny krok, czyli na nowy związek! Hannah, wyjechałyśmy tu żeby właśnie zacząć wszystko od nowa! Nowa praca, nowi ludzie, nowe miłości. Dlaczego nie chcesz spróbować? Obie doskonale wiemy, że w życiu spotka nas jeszcze wiele złego!

-Może masz racje? Ale jeśli jemu zależy tylko na jednym?

-Skoro napisał, dzwonił, to może zależy mu na czymś więcej. Doskonale wiesz, że ja zawsze będę ci pomagała, ale facet niestety czasem, leczy rany lepiej niż najlepsza z najlepszych przyjaciółek. Spróbuj. - Przytuliły się, Hannah się popłakała, ze szczęścia z żalu i wszystkiego innego.

-Już nie płacze, już nie płacze! - otarła łzy - Ale będziesz mnie pocieszać jak mnie oleje? - zaśmiała się.

-No jasne! Tylko powiedz kiedy się z nim spotkasz to kupie jakieś wino, bo drinki jakieś kiepskie. Jak nie na smutki, bo na radość z orgazmu. Chyba, że jest impotentem. - Obie zaczęły się śmiać. Przegadały resztę wieczora, ostatnio brakowało im czasu na rozmowy między sobą.

-A w ogóle, mów jak u ciebie i Franka, znów będzie tu częstym gościem?

-Nie, już nie. W sumie to jesteśmy kumplami, daliśmy sobie czas, żeby opadły emocje. On nie jest złym facetem, tylko ja za szybko zaczęłam go traktować jak przyszłego męża.  Znajdzie się ktoś lepszy.

- Masz już coś na oku?

-Nie mam nikogo na oku, ostatnio mnie podrywał facet w kawiarni. Miał na oko z 60 lat. Trzeba iść spać, jest późno a jutro idę do kawiarni. Ty masz coś do roboty?

- Muszę podejść po zdjęcia, Tom miał mi wywołać, żebym dodała do portfolio. Potem pojadę na zakupy, nasza lodówka woła "dajcie mi jeść".

- A odwieziesz mnie do pracy?

- Tak, spokojnie. A potem cię odbiorę.

- Dzięki mamo - oberwała kuksańca w ramie - Hannah... mnie rodzice nie bili.

- Ale przyjaciółka owszem, dobranoc.

- Dobranoc. Śnij o swoim księciu z bajki.

- Spiedalaj - pokręciła na boki głową, rozbawiona. Weszła do pokoju i przebrała w piżamę. Spojrzała jeszcze raz na telefon, kilka nieodebranych połączeń. Kilka razy zaczynała pisać wiadomość, ale w końcu odpuściła nie mogąc zebrać myśli. Rano zobaczyła, że ma wiadomość.
" Jeszcze raz cię przepraszam. Jeśli potrzebujesz czasu, dam ci go, nie ma sprawy. Tylko nie traćmy kontaktu, tak dobrze nam się rozmawia. Przed końcem roku ruszam z chłopakami w trasę, kilka koncertów po stanach, wpadniemy 27 grudnia, do Nowego Jorku, może wtedy będziesz miała ochotę i czas. Nie mam złych zamiarów, nie chcę cię skrzywdzić. Nie pocałuje cię już, obiecuje... nie mogę przestać o tobie myśleć. 
Matt " 

Wiele razy zaglądała do tej wiadomości. Miała przez nią mętlik w głowie. Wiele się działo nim nadeszły święta. Frank znów pojawił się w ich życiu, dał nadzieję Lauren, że coś z tego będzie. Nadal była na dystans, ale oszukiwała samą siebie uważając, że kontroluje uczucia i emocje.

- Na którą idziesz do kina? - Spytała Hannah otwierając kolejne pudełko z bombkami.

- Frank ma tu być o 2:00, mówił, że musi ze mną poważnie porozmawiać.  Ciekawe o co mu chodzi, ostatnio chodzi taki rozdrażniony.

- Może chce się oświadczyć - puściła oczko Lauren i zawieszała bombki.

- HANNAH! czyś ty kompletnie zwariowała? takie rzeczy mi mówisz... a jeśli to prawda?

-No to co byś zrobiła?

- Ucieknę! nie chcę być jego żoną. - wzdrygnęła się.

- To co mówisz bardzo mnie cieszy, powinnaś go w ogóle zostawić w diabły. Ile razy będziesz przez niego płakać?

- Oj to jest związek bez zobowiązań. Nawet nie związek, bo ze sobą nie śpimy.  Zrobiłaś mi miazgę w głowie. - aż podskoczyła, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.

- Wejdź - powiedziała Hannah i wpuściła gitarzystę do domu. - Woda, sok, są w lodówce.

- Nie, my się będziemy zbierać, prawda Lauren?

- Pewnie, tylko wezmę torebkę. - ubrała też buty, kurtkę, wyszli. Jechali do kina, w pewnej chwili Frank się zatrzymał. - Co się dzieje?

- Chciałem porozmawiać, przed seansem...  Lauren ja...

- NIE WYJDĘ ZA CIEBIE! - zakryła sobie usta dłonią - przepraszam...

- Ale... dobra nieważne. Chodzi o Jamie, ona mnie wrobiła... w dziecko. Ja nie chcę z nią być, ale ona mówi, że nie pozwoli mi się widywać z dzieckiem... sam już nie wiem co robić.

- Odwieźć mnie do domu...

- Lauren, ej słońce... ona dla mnie nic nie znaczy.

- Odwieź mnie do domu rozumiesz?!... - złapał ją za rękę, wyrwał mu dłoń i wysiadła z samochodu, do oczu napłynęły jej łzy. Złapała taksówkę, wracała do domu. Tam od razu wpadła w ramiona przyjaciółki. - On jej zrobił dziecko i jeszcze się mnie pyta co ma robić...

- Zasrany casanowa...

- A ma małego... - płakała i tuliła się. - Nie pozwól mi więcej się nabrać na jego słodkie oczka. Wydrap mu je... - zaszlochała.

- Już dobrze, ej no. On nie jest tego wart... - gdy w końcu Lauren się uspokoiła, Hananh zrobiła gorącą czekoladę, razem skończyły ubierać choinkę. A wieczór upłynął im przy oglądaniu bajek.

Wigilia.
 Podczas świątecznego obiadu, rozmawiały i wspominały święta w Polsce. Nie myślały, że będzie tak ciężko. Obie wzięły telefony i nie myśląc o rachunku za telefon, zadzwoniły do swoich rodzin. Mało rozmawiali, życie dziewczyn w Nowym Jorku było tak intensywne, że nie starczało im czasu. Wieczorem otworzyły wino, wymieniły się prezentami.

- Och, ale po co mi urządzenie do zabijania much? - Zapytała Lauren oglądając zieloną packę.

- Żebyś miała narzędzie do bicia facetów, którzy będą chcieli złamać ci serce. - Hannah otworzyła swój - Ramka? z kondomem, och. Używany przez ciebie ?

- Jesteś okropna! - zaśmiała się - Jest czysty, jak będziesz potrzebować to sobie wyciągnij.

- I na co go ubiorę? na palec?

- Palec wydymalec - parsknęły śmiechem, wino robiło swoje. Miały ubaw z byle czego. - Ej napisz do Matt'a

- Zwariowałaś?

- Jest dzisiaj taki dzień, no napisz. Ja napiszę za ciebie! - Wzięła telefon przyjaciółki, uciekała jej i mówiła co pisze, chociaż tego nie robiła. Jej koordynacja ruchowa, nie pozwalała na poruszanie palcami i bieganie jednocześnie. - Przyjedź do mnie, chcę się pieprzyc, mam już kondona, czekam. Cała i mokra Hannah. Wyślij.

- Zwariowałaś? - zabrała telefon, sprawdzała - Masz ogromne szczęście.
Hannah w końcu napisała do niego.

" Mam nadzieję, że koncerty wypadły dobrze. Chciałam ci życzyć wesołych świąt. " 
Bardzo szybko dostała odpowiedź, która jak to już było w zwyczaju, kompletnie wytrąciła ją z równowagi.

"Będą szczęśliwe, jeśli przyjdziesz na koncert." 
Nie umiała mu odpisać, wypiła jeszcze dwie lampki wina i poszła spać.

28.12.2004. 
Hannah była spokojna, wczoraj nie poszła koncert, Matt się nie odezwał. Pewnie wracał już do domu i będzie mogła o nim zapomnieć. Teraz dziewczyny zastanawiały się co zrobią w sylwestra, jak się ubiorą i czy zaliczą jeden przypadkowy seks, czy więcej. Ich rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.  Za drzwiami stała Jamia, zaciążona kobieta, Franka. Była cała zapłakana, szukała kolejnej chusteczki w torbie kiedy Hannah otworzyła drzwi.

- Zbierasz na nowe buty, na piwo, na skrzypce?

- Jest Lauren?

- Nie ma jej...

-Zawołaj ją!

-Nie ma jej! Idź sobie -zamykała drzwi, ale ta baba przytrzymała je nogą.

-LAUREN!

-Nie ma mnie, a już na pewno nie dla ciebie... - powiedziała Lauren stojąc obok Hanny.

- Proszę, ja chcę tylko porozmawiać. Wiem, że źle zrobiłam, Frank mnie nie kocha! Spieprzyłam wam związek... chciałam tą ciążą wszystko ratować, ale on nie chce.

- To niech zacznie cie kochać, bo tylko ty mu zostałaś. Bierz go sobie i jego małego penisa również.

- Żegnam...- Hannah zamknęła drzwi. - Co za tupet

- Dziwna jest, w sumie się nie dziwie, że Frank ją olał - zaśmiała się.- Ej pożyczysz mi swoją sukienkę? ta czarną, wiem, że ty i tak jej nie ubierzesz.

- A właśnie że ją ubiorę, masz więcej ciuchów ode mnie.

     Nagle ktoś z kopa otworzył drzwi, dziewczyny zaczęły piszczeć. Dwóch kolesi wparowało do domu, mieli na głowach kominiarki.  Jeden wziął Hanne, drugi Lauren, strasznie się wyrywały, zakrywali im usta. Kolejni weszli do domu i zaczęli plądrować dom w poszukiwaniu niewiadomo czego. Kiedy zapytali je gdzie są klucze od domu, bez namysłu pokazały komodę, na której leżały.