środa, 29 stycznia 2014

18. Kolejne pukanie do drzwi.

- Brian ... o kurwa. Brian! obudź się - Patrzyła się na krew która ich otaczała.

- Co się dzieje. Kurwa mać, Co to jest!? - zerwał się na równe nogi.

- Boje się ... Brian boje się! - siedziała przerażona

- Pogotowie, tak - zadzwonił - Moja dziewczyna, krwawi... nie wiem, obudziła się w kałuży krwi, nie wiem... ona jest w ciąży. - Był tak przejęty, że powtarzał wszystko po dwa razy. Czekali na pomoc, przytulał ją, ona łkała w jego ramionach, bała się, wiedziała, że straci to dziecko. Zabrali ją w zakrwawionej piżamie. On zabrał kilka rzeczy na zmianę, ubrał się i pojechał za nimi taksówka, serce mu waliło. Jeszcze przez godzinę jej nie widział. Później niepewnie wszedł na salę.
- Przytul mnie - powiedziała szeptem. Usiadł na jej łóżku, wziął ją w ramiona.

- Już dobrze kochanie, jestem tu, już dobrze.

- To koniec, straciliśmy je, nie dałam rady.

- Ciii, jeszcze się wszystko ułoży, ja będę przy tobie i damy rade.

- Powiedz, że mnie kochasz.

- Kocham cię, najmocniej na świecie, nigdy nie przestanę.

- Przepraszam - kolejne łzy rozpływały się po jego koszulce.

- To nie jest twoja wina, tak musiało być, przykro mi, ale nie obwiniaj się.

- Nie chcę, żeby było ci przykro...

- Jest mi przykro, że musimy przez to przechodzić, że cierpisz.

- Chcę zadzwonić do Hanny... proszę daj mi telefon.

- Odpocznij, ja zadzwonię.

- Nie, ja chcę sama, potrzebuje jej... proszę. - dostała telefon i wybrała numer. Po trzech sygnałach odezwała się przyjaciółka.

- Hallo? Brian czemu czemu dzwonisz do mnie o tej godzinie, ej Hallo?

- To ja, Hannah... stało się coś złego.

- Chryste, Lauren, co się stało? Gdzie jesteś?

- W szpitalu, ja, ja nie wiem, to ... się stało w nocy ja... ja poroniłam. Hannah potrzebuje cie.

- Kochanie, mój boże... jestem u rodziców Matta, będę najszybciej jak mogę, zaraz poszukam samolotów. Będę przy tobie, Brian jest przy tobie?

- Tak, jest tutaj, chce też ciebie.

- Zaraz sprawdzę samolot, dam ci znać jak wsiądę do samolotu, będzie dobrze Lauren, wiesz  o tym. Masz nas wszystkich.

- Dziękuje... - rozłączyła się i wtuliła w silne ramiona swojego mężczyzny.

Dwa dni później
 Zmienne nastroje Lauren, dawały mu się we znaki. Gates nigdy nie wiedział jak zareaguje, na to co powie. Dla nich obojga to był stresujący czas. Trochę się kłócili, ale on i tak ją kochał. Wpadł na pomysł, kupi psa, małego uroczego szczeniaka, dziewczynie włączy się instynkt macierzyński, a niestety na pociechę się nie doczekają. A taki mały wariat w ich domu, odciągnie nieco czarne myśli. Zerwał się rano i pojechał po nieświadomą niczego psinę, w schronisku roiło się od małych uroczych szczeniaków, potrzebujących domu. Nie zastanawiał się długo, brązowy kundel, z klapniętym uchem i niebieskimi oczami, jedyny i wyjątkowy. Wracał z czerwoną kokardą na szyi polubił swojego pana, bo go głaskał i dawał gryźć palec. Oboje weszli do domu, Lauren dalej spała. Uciszał psa, który skomlał.

- Jak będziesz tak płakać, to cię oddam, - na te słowa pies tylko ziewnął i układał się do spania na jego rękach. Postawił czworonoga na łóżku, mały zainteresowany nowym człowiekiem do kochania podbiegł bliżej śpiącej dziewczyny. Zaczął intensywnie lizać ją po buzi.

- Kochanie, proszę... nie teraz.- przykryła się szczelniej...

- Ale to nie ja!

- Więc kto... - otworzyła oczy - Piesek! piesek! Skąd go masz? JEZU! Skąd ty masz psa?!

- Pojechałem do schroniska i wziąłem go. - był rozbawiony bo maluch grasował już na łóżku biegając dookoła.

- To najlepsza pocieszająca mnie kuleczka na ziemi. - wzięła psa na ręce - jesteś taki śliczny.

- Dobry pomysł, o tak Brian, jesteś mistrzem - ucałował Lauren i psa.

- Jak go nazwiemy? Może Mała Słodka Kuleczka.

- To świetne imię, ale nie dla tego psa  - zaśmiał się, widząc radość u swojej dziewczyny, było mu od razu lżej i sam zaczął widzieć przyszłość w kolorowych barwach.

***


Jesień Listopad 2005r.
Ostatnie dni były deszczowe, powracające wspomnienia, melancholia, brak bliskich, najpierw brała sportowo. Myślała że tak się utrzyma, jednak częściej chciała zapominać, częściej chciała nie czuć bólu, brała więcej, częściej, wpadła w ciąg. Nie miał jej kto pilnować, Lauren pracowała z zespołem, chłopcy byli w trakcie promowania płyty. Każdy dzień wyglądał podobnie, brała prysznic, wciągała kreskę, lub wpuszczała sobie dawkę narkotyku dożylnie. Szła do pracy, wracała do domu, znów brała, zasypiała. Jej monotonie zepsuł pewnego wieczoru dzwonek do drzwi, pół przytomna chowała narzędzia zbrodni, była naćpana.

- Matt.. - jej słowa były ledwie słyszalne.

- Mój boże - złapał ją, bo dziewczyna leciała z nóg, pchając drzwi nogą, zamknął je. Poszedł z Hanna do sypialni - Kochanie, coś ty narobiła. - Widok jej kompletnie naćpanej, znacznie szczuplejszej, sprawiał, że pękało mu serce.

- Kochaj się ze mną... tutaj teraz - pocałowała go, chciała znów ale ją tylko przytulił. - nie odmawiaj mi! nie odmawiaj... chce cię mieć... - rozpłakała się.

- Masz mnie, jestem tu. - gdy dziewczyna się uspokoiła, wziął ją do łazienki, rozebrał, pomógł jej wejść pod prysznic. Sam po chwili też był kompletnie nagi, wszedł do kabiny. Stali w strugach ciepłej wody, wtuleni. - Umyje ci włosy, odwróć się.

- Nie zostawiaj mnie. - odwróciła się, a jego dłonie masujące, jej naćpaną głowę, sprawiały wiele przyjemności.

- Nie zamierzam cię zostawić. Pomogę ci. - umył resztę jej wychudzonego ciała, przejechał palcem po jej kręgosłupie - Kotku, coś ty ze sobą zrobiła.

- Bałam się. Tak długo nie wracałeś.

- Wiedziałaś, że pracuję i że w tym tygodniu przyjadę. Nie zostawię cię już. Nigdy, to cię za bardzo niszczy. - po tych słowach Hannah już nic nie pamięta.
  Rano zobaczyła swojego, śpiącego chłopaka. Coś w niej pękło, stała i zalewała się łzami, z jednej strony chciała wziąć, z drugiej wiedziała, że nie może, przecież go tym krzywdzi! Wyciągnęła wszystkie prochy, tabletki, co miała by się zaćpać po kolei wyrzucała do kibla. Wiedziała że to był początek jej męki. Ale chciała z tym skończyć! Dlaczego w ogóle zaczęła, cholerna ćpunka! Spuściła wodę koniec ucieczki, początek bólu psychicznego i fizycznego spowodowane odstawieniem heroiny. Siedząc przy stole w kuchni, sącząc herbatę, zobaczyła go, przyszedł, oparł się o blat i patrzył na nią milczał, a jej było coraz bardziej niedobrze. Zawsze ze stresu miała ochotę wymiotować. Bała się, tego co jej powie.

- Co teraz? - zapytał patrząc w podłogę.

- Nie wiem, ale, chcę z tym skończyć.

- Jak długo mnie okłamywałaś? Zawsze zapewniałaś, że jest dobrze. A co się okazało?

- Przepraszam! Co chcesz usłyszeć?

- Prawdę, cholerną prawdę!

- Jestem narkomanką, nie umiem, nie potrafię się uwolnić! Boje się!

-Dałem ci powód, żebyś się czegoś bała?

-Wyjechałeś...

-Musiałem! Chciałem cię zabrać, to ty wolałaś zostać. W sumie to wygodniej ci było zostać, miałaś spokój, mogłaś ćpać ile chciałaś, wiedziałaś, że nikt nie będzie tego kontrolował. Zawiodłaś mnie. Ściągałaś na siebie utratę zdrowia, a może nawet życia, już raz prawie przedawkowałaś!

- Nie krzycz, proszę, ja nie wiem, nic nie wiem, przepraszam... nie krzycz - rozpłakała się, w tej chwili chciała zapaść się pod ziemię, najlepiej już w trumnie.

-Chodź tu do mnie, nie bój się, no chodź - wyciągnął rękę, kiedy podeszła do niego, przytulił ją.- Pomogę ci, wyciągnę z tego, tylko na miłość boską, daj sobie pomóc. Widzisz, że sama sobie nie radzisz. Więc nie ignoruj czyjejś wyciągniętej dłoni. - jego dłonie wodziły po jej plecach.

-Ale nie oddasz mnie do zakładu żadnego?...

-Ja sam Ci zrobię taki zakład, że od razu Ci się odechce!

-Czyli mnie nie zostawisz?- odpowiedź była przyjemna i na pewno nie oznaczała, że ją zostawi. Kochali się w kuchni, na kanapie i skończyli w sypialni.

-No,a teraz... idziemy pakować twoje rzeczy, nie pozwolę Ci tu zostać dłużej. - zaśmiał się i tulił dalej do siebie, leżeli nadzy w łóżku.

- Gdzie mam się pakować? - spojrzała przerażona.

- Zabieram cię do Huntington Beach. I nie sprzeciwisz mi się, znajdziemy ci pracę. Lauren ma Briana i z tego co wiem, też chcą się przenieść. I koniec dyskusji - pocałował ją. - Masz jakieś kartony?

- Coś się znajdzie, ale - Matt położył palec na jej ustach, przytuliła się jeszcze do niego.

9 komentarzy:

  1. no! teraz juz bedzie tylko lepiej. tylko szkoda dziecka. ale w sumie pies lepszy: mozna go zostawc bez opieki na polowe dnia w domu. nie beczy. nie mowi jak podrosnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jesteś moją najlepszą przyjaciółką! <3 hahahaha

      Usuń
  2. Biedni :( tak stracić dzieciątko, ale Brian!!! Boże jeszcze bardziej go kocham <3 Tak sie zatroszczył, jeszcze jej pieska kupił, co za kochany ^^.
    Dobrze, że Matt przyszedł do Hanny i że sie o tym dowiedział. Obydwoje z Brianem są tak kochani, że nic tylko ich schrupać lub wziąć ich do siebie <3
    Czekam na więcej
    Buziaki, Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do czasu Dorota, do czasu ;>

      Usuń
    2. E tam :) Czego by nie zrobił i tak będę go kochała :) Tak samo jak Matt ^^

      Usuń
    3. A nawet jak nabroją, to się im wybaczy :D

      Usuń
  3. Dzisiaj krótki komentarz, ale sytuacja L. przywołała smutne wspomnienia, bardzo smutne. I nawet H. nie jest mi szkoda...
    Ale oczywiście czekam na następny.
    Buziole, Pat:)

    OdpowiedzUsuń
  4. laury mi szkoda, ale hanka to królowa dramatu. ot co.

    with love,
    z.
    <3

    OdpowiedzUsuń