Wyszykowały się i poszły do klubu. Przed nim gromada dziewczyn, licząca na to, że zaciągnie któregoś
z muzyków do toalety, w ciemny zaułek, gdziekolwiek. Byle tylko dać
upust swoim spiętym macicom. Weszły do środka, zamówiły piwo,
znalazły sobie dobre miejsce, blisko sceny, ale bardziej z boku, żeby
ich nie stratowali. Na koncercie chłopcy dawali czadu. Hannah
sądziła, że przed nimi jest jakaś przyszłość. Skoro na
koncercie fałszując i myląc się potrafią porwać publiczność,
to płyta powinna być sukcesem. Tym bardziej jeśli będzie miała
nad nią oko Lauren. Jej przyjaciółka nie poddawała się szybko.
Ile razy to słuchała miksów, które robiła na jakieś zaliczenie. Ona jako zwykły śmiertelnik słyszała muzykę i albo coś się
jej podobało, albo nie. Lauren miała jednak słuch absolutny.
Zwracała uwagę na detale, które dla innych były niesłyszalne.
Ale ta determinacja w pracy sprawiła, że teraz jest tutaj, ma staż
w dobrej wytwórni i czeka ją raczej świetlana przyszłość.
Koncert się skończył, wyszły
przed klub, a Lauren zapaliła. Nigdy nie rozumiała jak można palić
papierosy. „Może gdyby smakowały jak żelki” pomyślała widząc
przyjaciółkę, która zaciągając się, przymknęła oczy, jakby
właśnie było jej bardzo przyjemnie, ble.
-Macie ognia? -
odezwał się niewielki człowiek. Potrzebowały chwili, żeby pojąć,
że stoi przed nimi gitarzysta.
-Jasne– podała mu zapalniczkę
ciemnowłosa- nieźle zagraliście. Poradzicie sobie równie dobrze
w studiu?
-Zobaczymy. Nie spodziewałem się
tu ciebie.
-Sama się siebie nie spodziewałam,
ale zobaczyłam w gazecie, że gracie. To była ostania szansa, żebym
zdobyła do was szacunek.
-I jak?
-Kupiliście mnie- perfidnie
dmuchnęła mu w twarz dymem.
-Jesteś zadziorna, uważaj z tym- powiedział muzyk, robiąc dokładnie to samo.
-Będziesz tego żałował-
wymamrotała przez zęby, on tylko się zaśmiał – jeszcze nie
jesteś gwiazdą, więc nie zachowuj się jak ona.
-Ty jeszcze nie masz pracy w
wytwórni, więc nie zachowuj się jakbyś była moją szefową.
-Przepraszam, Lauren, czy my nie
powinnyśmy wrócić do domu?- wtrąciła Hannah, nie mogąc już
znieść tej bezsensownej wymiany zdań.
-Wybieramy się z chłopakami do
klubu, może macie ochotę? - powiedział Frank, bojąc się, że ta
zadziorna dziewczyna, którą raz uwielbia, a raz nienawidzi, sobie
pójdzie.
-Ja chętnie, Hannah chodź z nami.
-Nie, serio, ja wrócę do domu.
-Zostawisz mnie samą? Z bandą
mężczyzn? - wiedziała że to zawsze zadziała. Usłyszała
westchnienie oznaczające, że chociaż blondynka nie ma absolutnie
najmniejszej ochoty iść, to jednak nie zostawi Lauren z bandą
mężczyzn. Siedzieli w tym barze, Hannah sączyła sok pomarańczowy, błagając w myślach, kogo tylko się dało, żeby to sie wreszcie skończyło. Blondynka stroniła od imprez, miała złe wspomnienia. Była tu dzisiaj tylko dlatego, że chciała chronić Lauren przed "bandą mężczyzn". Po godzinie jej cierpliwość do pijanych ludzi, się skonczyła.
-Lauren, wracajmy do domu. Jest
środek nocy, a jutro idę do pracy.
-Wracaj. Mnie odwiezie Frank,
prawda? -po chamskich tekstach i dmuchaniu na siebie dymem
papierosowym nie było już śladu. Teraz stawali się przyjaciółmi.
-Spokojnie, oddam ją w stanie
nienaruszonym- umiechnął się tak szeroko, że Hannah mogła mu
zrobić przegląd dentystyczny, tylko nie miała wiedzy w tym
zakresie.
-Uważaj na siebie- uściskała
przyjaciółkę i wyszła. Odetchnęła świeżym powietrzem. Czuła
na sobie zapach papierosów. Jazda nocą przez ulice Nowego Jorku,
może nie należy do najbezpieczniejszych, ale podróż przebiegła
szybko. Weszła do domu, od razu poszła pod prysznic.
Pachnąca
swoim waniliowym żelem, ubrana w piżamę, nakryła się kołdrą.
Chwilę później zasnęła.
-Co do … Lauren... - spojrzała
na zegarek, 5:34 – zabiję... - pukała w ścianę, jednak pukanie
jakie dochodziło z pokoju przyjaciółki dało blondynce do
zrozumienia, że mają ją głęboko i nie zamierzają przestać.
Wsadziła sobie słuchawki do uszu i puściła głośno „Jesus of
Suburbia”. Długa piosenka koiła jej
zszargane nerwy.
-Dzień dobry-
powiedział Frank, kompletnie nieprzytomny i poszedł do toalety.
-Spokojnie, nic
nie szkodzi, każdemu może się zdarzyć gorszy dzień –
uśmiechnął się do niej miło i czekał dalej na swoją kawę.
Hannah zastanawiała się dlaczego klienci zawsze się do niej tak
ciepło uśmiechają. Może miała napisane na czole „Ofiara losu. Uśmiechnij się, bo masz większe szczęście od niej.” … jej
myślenie przerwał dzwoniący telefon.
O 18:00 wróciła
do domu.
-Hannah! - Lauren
zakryła się kocem- mogłaś zadzwonić, że już wracasz.
-Daj mu spokój jest moim gościem... będzie tu tyle ile będzie chciał. Hannah, musisz teraz grzebać w lodówce? Idź do pokoju.
-Bo jest
uroczy i szarmancki, czy po prostu dobrze pieprzy? … Posłuchaj, nie
mam ochoty wysłuchiwać ckliwych bajek o tym, jak jakiś facet cię
w sobie rozkochał po jednej zakrapianej nocy i seksie od świtu aż
do kolejnego wieczora. Wiem z własnego doświadczenia, że takie
bajki z reguły kończą się źle.
-Jesteś
uprzedzona, nic na to nie poradzę... nam jest dobrze.
Hannah nie mogła zasnąć, słowa Lauren trafiły w samo sedno. Nie przepadała za Frankiem, to fank. Ale nie dlatego, że pieprzył jej przyjaciółkę na kanapie. Miała za złe całemu światu, że to nie ona była na tej kanapie. Wtedy jednak nie wiedziała, że i jej niebawem się poszczęści.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz