sobota, 1 lutego 2014

20. Nieszczęścia lubią chodzić parami.

   Pod koniec listopada do Huntington Beach zawitał Brian z Lauren. Po kasowym sukcesie płyty, trwającej trasie koncertowej, chłopcy mieli spory zastrzyk gotówki i mogli stanąć na nogi. Każdy zainwestował w swoje cztery ściany, w których chciał budować przyszłość ze swoją drugą połówką. Teraz już wszyscy mieli kogoś, a same dziewczyny trzymały się blisko i dogadywały całkiem dobrze. Wspierały się gdy dochodziły ich słuchy o wybrykach chłopaków w trakcie trasy, oraz w chwilach kiedy po prostu nie miały możliwości spotkać się z nimi gdzieś na koncercie. Z tęsknoty spotykały się w domu jednej z nich i miały wieczory filmowe, które często kończyły się rozmowami z chłopakami, gdy po koncercie mieli chwile, nim poszli na imprezę. Potem siedziały i płakały, albo wypijały litry wina.

- Dziewczyny? - wysapała Lacey leżąc na kanapie z głową w dół.

- Hmm? - mruknęły wszystkie w tym samym momencie.

- Co będzie jak zwymiotuje winem w takiej pozycji? uduszę się?

- Spróbuj - powiedziała Leana i zaśmiała się jak mała dziewczynka.

- Ale będziecie mnie reanimować? Albo nie, bo jak Johnny będzie płakał. Nie chce żeby płakał.

- Jesteś pijana - wymamrotała Hannah tuląc się do poduszki.

- Nakurwiona jak szpadel! mhm właśnie tak - Lacey wstała i pobiegła do toalety.

- Gena? Ej śpisz? czy ona śpi ? - spytała Lauren - śpi mi na nodze, krew mi nie dopływa, Gena złaź bo mi ją amputują. Jesteś lekka, a jednak taka ciężka... - próbowała ją zepchnąć.

- Jak jesteście pijane, to jesteście bardzo nieogarnięte. - Hannah zaczęła się śmiać. - Zróbmy karaoke.

- Tak, tak. Śpiewać, lubię, ja śpiewam, co śpiewamy? - Gena jakby ją pierdolnął prąd, siedziała całkiem przytomna, jakby jeszcze przed chwilą wcale twardo nie spała.

- Przerażasz mnie, macie karaoke?

- Zwariowałaś? Brian tylko gra na gitarze, a ja śpiewam ... nie śpiewam

- Idziemy do baru! - krzyknęła Leana

 Gdy Lacey zwymiotowała zawartość swojego żołądka, mogły ruszyć na miasto. Skończyły w barze, pijąc kolejne drinki, bawiły się do rana, obudziły się na plaży.

- Ej dziewczyny? ... - Odezwała się Lauren rozglądając na boki.

- Co... oOooO kurwa, to słońce sprawia, że płoną moje oczy...

- Co ty tam wiesz Gena, ja mam lotnisko z samymi f-16 w głowie...

- A ja zaraz zwymiotuje - odezwała się Lacey  i czołgając się odeszła na bok.

   Zebrały się po 4 godzinach, gdy upał dawał się już mocno we znaki. Każda poszła do siebie, żeby odpocząć. Wieczorem miały się spotkać na przymiarki sukni. Lauren i Brian nie tracili czasu i chcieli jak najszybciej wymienić się obrączkami. Miało to nastąpić po sylwestrze, symbolicznie w dniu, w którym się pieprzyli, są romantyczni, nie ma co.
Ale wszyscy wiemy, jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy...

- Wyglądasz zjawiskowo - Gena aż zakryła sobie usta dłonią z zachwytu.

- Musisz ją mieć - Hannah wstała i obeszła przyjaciółkę dookoła. - Jest piękna.

- Serio? - Lauren przeglądała się w lustrze, sukienka miała dopasowaną górę, gorset idealnie podkreślał jej kształty, dół był połączeniem lejącego się materiału, przykrytego warstwą tiulu. Mimo tego nie była to nadmuchana beza, lecz skromna sukienka, która pozwalała skupić uwagę na pannie młodej a nie jej wystawnej sukni. - Myślicie, że Brian będzie zadowolony?

- Myślę, że zedrze ją z ciebie, przy pierwszej możliwej okazji, ale nie będzie zawiedziony - powiedziała Lacey, upijając kolejny łyk wody.

- No to biorę ją, niech się dzieje co chce. Jesteście pewne, że wyglądam w niej dobrze?

- Idź się przebrać, kolejny raz gdy puszczą tu muzykę klasyczną moja głowa eksploduje. - warknęła Leana i schowała głowę w kaptur swojej bluzy.

- O jejku... maruda. - dziewczyna poszła się przebrać, zapłaciła za sukienkę, została jeszcze w salonie, bo trzeba było nanieść kilka poprawek. Poszły na kolację, w tym czasie zadzwonili chłopcy opowiadając o kolejnym świetny koncercie.

    Znów ten czas, świąteczna gorączka, wszyscy robią wszystko na ostatnią chwile. Tak samo robiła Hannah, która w tej chwili powinna jechać na lotnisko po Matt'a ale jeszcze pierniczki dochodziły w piekarniku. Zadzwoniła do niego.

- No cześć, miałem do ciebie dzwonić, gdzie jesteś?

- Możesz się zabrać z kimś? Piernikowe ludki mnie dzisiaj nienawidzą i nie rosną.

- Och elfie, nasz dom to już fabryka Mikołaja? - westchnął i zaśmiał się swoim uroczym chrypliwym śmiechem. - Podrzuci mnie Zacky. Będę niedługo, tęsknie.

- Ja bardziej i nasze piernikowe dzieci też. Papa - rozłączyła się- rośnijcie... pieprzone łobuzy.
Stan psychiczny Hanny ostatnio znacznie się pogorszył. Nie, nie zaczęła z narkotykami, nie spowodował tego wyjazd Matt'a, a raczej świadomość, że tegoroczne święta spędzi z rodziną swojego chłopaka. Na samą myśl, miała mdłości, uwielbiała tych ludzi, ale jednak święta razem, to było coś.

Wigilijny wieczór.
  Święta wypadły cudownie, zjedli świąteczny obiad, poszli na spacer, później jedli ciasto i pili wino. Amy, siostra Matt'a rozpoczęła śpiewanie świątecznych piosenek, Shadows przygrywał na gitarze, a dziewczyny śpiewały. Później dziewczyny rozmawiały, przy kolejnej lampce wina, a Garry i Matt wyszli do ogrodu.

- Tato pomóż mi, bez ciebie sobie nie poradzę, a jeśli nie zrobię tego dzisiaj, to nie zrobię już nigdy.

- Ale panikujesz... no dobrze, tylko potrzebujemy czasu. Ona nie może wyjść na taras. - Byli dziwnie zdenerwowani szczególnie młody. Wtajemniczyli też Amy, która miała pilnować blondynki, żeby za bardzo się nie interesowała zniknięciem. Pół godziny później było wiadomo, czemu Kim i Amy wyprowadziły ją do ogrodu, potem stanęła na schodach, prowadzących na plażę. Z lampek choinkowych układało się jedno pytanie, patrzyła na to i narastał w niej lęk. On zaszedł ją od tyłu, nawet nie wiadomo jak się tam znalazł, objął ją do ręki dał jej otwarte pudełeczko z pierścionkiem...

-No to jak? - zapytał szeptem. Odwróciła się do niego, jej zielone oczy były przysłonięte zebranymi, na nich, łzami. Zamknęła je i krople popłynęły po policzkach.

- Nie... - oddała mu pudełko i szybko opuściła taras, wzięła swoja torebkę i wyszła z domu. Biegła przed siebie płakała, oświadczyny, nigdy ich nie miała... te były piękne, tylko od razu w głowie pojawiła się myśl o tym w jakiej sytuacji była kiedyś. Roztrząsanie przeszłości wychodziło jej zawodowo i potrafiło spieprzyć jej życie na długo. Nie umiała jednak tego kontrolować. Teraz żałowała, że zostawiła go tam samego, stanęła by złapać oddech, wyciągnęła telefon i zadzwoniła do niego, nie odbierał. Zadzwoniła drugi raz, trzeci i czwarty... łkając wracała do domu, miała nadzieje, że go tam zastanie, albo, że on sam niedługo wróci.
 On siedział w salonie, zastanawiał się dlaczego powiedziała „nie” ona zaś zalewała się łzami, przecież go kochała, wiec czemu się nie zgodziła? Wzięła prysznic i schowała się pod kołdrę. Zadzwoniła do Lauren, przez dziesięć minut przepraszała, że tak późno dzwoni, cały czas płakała.

- Do rzeczy! Co się stało!?

- Oświadczył mi się... - wybuchnęła nową porcją łez.

- Aaa! To wspaniale! Jej w wigilię! Słodki jest!

- Odmówiłam...- Lauren zaczęła się jej śmiać w słuchawkę - Ja nie żartuje!

- Ty jesteś nienormalna?! ... w sumie jesteś, od dawna to wiadomo, ale nie... proszę, powiedz, że żartujesz.

- Ja po prostu się boje!

- Ty powinnaś iść na jakieś leczenie dziewczyno, co ten facet ci takiego zrobił, że nadal mu nie ufasz i porównujesz z tamtym fagasem. Zastanów się! Ja pierdole! Kobieto!

- Teraz pewnie spakuje moje rzeczy i będzie kazał się wynieść!

- To nie jest głupi pomysł, Hannah kurde mać, kochasz go, przecież wiemy o tym, wiec czemu!?  Po jaką cholerę ty sama sobie komplikujesz życie?

- Nie wiem, to samo tak wychodzi... powinnam z nim porozmawiać.

- Daj mu dzisiaj święty spokój. Jeszcze się pokłócicie.

- Dobra ja kończę... wesołych świąt.

-Paa, odezwij się jutro.

  Przywitał ich kolejny dzień, obie czekały na lotnisku, by powitać rodziców. Denerwowały się, dzisiaj miały przedstawić im swoich mężczyzn. Rodzice już się pogodzili z wyborem swoich córek. Skoro były szczęśliwe, to nie będą temu przeszkadzać. Powitanie przyniosło łzy, wizyta w domu, uśmiech, długie rozmowy. Wszyscy naprawdę się cieszyli, wymiana prezentami trwała długo, każdy od kogoś coś dostał. Mamie Lauren bardzo spodobał się prezent od niedoszłego jeszcze zięcia. Tak zegarek to był strzał w dziesiątkę, chłopak zasłużył nawet na buziaka w policzek. Udany wieczór, skończył się przed północą, kiedy rodzice w obu domach wreszcie zasnęli. Hannah miała teraz okazję porozmawiać z Shadows'em. Chwyciła jego dłoń i poszła z nim na kanapę, on posadził ją na swoich kolanach i przytulił.

- Wiem o czym chcesz pogadać, ale...

- Zaczekaj - położyła mu palec na ustach - To ja zepsułam to wszystko, wiec powinnam się teraz wytłumaczyć dlaczego. Matt, wiesz, że Cię kocham, że jesteś dla mnie wszystkim. Tylko ja po prostu nie jestem gotowa na TAKI krok, boje się. Przypuszczam, że nie mam czego. Jednak to co było kiedyś siedzi we mnie głęboko.

- Ja to rozumiem, dlatego nie jestem zły, ani nie mam ci za złe, że odmówiłaś. Kocham cie, a tamto to miał być dowód tego, przecież wcale nie musieliśmy zaraz szykować ślubu, jak Brian i Lauren. - pocałował ją.

- Masz rację. Idziemy spać?

- Tak, już pora. - wstali, on podszedł do szafki, wyciągnął pudełeczko. - Weź to, kiedy zmienisz swoje zdanie, po prostu go ubierz, wtedy będę wiedział, że chcesz. Może tak być?

- Mhm...- uśmiechnęła się i przytuliła, złapał jej nogi, ona owinęła je nad jego pupą i tak poszli do sypialni. Przed spaniem poszli pod prysznic, tam kochali się długo i namiętnie w strugach ciepłej wody.

 
Minęły dwa tygodnie, za tydzień ślub, teraz pora na wieczór panieński.
  Chłopcy nie byli oryginalni, lecieli do Vegas, żeby tam zabalować, ze swoją ekipą. Hannah miała być za godzinę u Lauren i razem miały się szykować na wieczorną imprezę. Jechały do LA. Spakowała potrzebne rzeczy i ruszyła do przyszłej panny młodej. Muzyka w domu grała głośno, one śpiewały i biegały po domu, wygłupiały się i naprawdę dobrze bawiły, a to dopiero przedsmak tego co miało się dziać potem. Doszła reszta dziewczyn, znajomych z pracy, na sam koniec, kiedy wszystkie były już gotowe, na podjeździe pojawił się wielki, przedłużany cadillac. Zapakowały się do niego, tam impreza zaczęła, żyć własnym życiem. Po godzinie dotarły do klubu, przebijając się przez korki, pozdrawiały przechodniów i oblewały inne samochody alkoholem. O tak, te dziewczyny wiedziały czym jest dobra zabawa! W klubie od razu przejęły stery, muzyka sprawiała, że alkohol w szklankach drgał, a ich rozmowy o seksie, miłości, facetach, życiu, młodości, ślubach trwały w nieskończoność.  Koło północy na sale wprowadzono wielki tort, na każdym poziomie były namalowane inne sex pozycje. Ogólnie impreza przerodziła się w sklep z akcesoriami erotycznymi, prezenty były sprośne, ale cóż facet nie zawsze będzie mógł, wiec stos wibratorów pewnie się przyda. Rozpoczęły się tańce, DJ nie próżnował, muzyka była świetna, impreza naprawdę na najwyższym poziomie. Lauren postanowiła zabrać przyjaciółkę na stronę i podziękować...

-Jejku jestem taka szczęśliwa, nie sądziłam, że to wszystko będzie tak wyglądać, naprawdę się spisałaś! Dziękuje, dziękuje... jest tak świetnie! To najlepsza impreza w moim życiu!

-Poczekaj na swój ślub i wesele!

-Właśnie, wiesz boje się!

-No przestań, nie mów, że masz pietra! Ty? taka odważna, co mnie zawsze opieprza, za bycie tchórzem?

-Cholernego mam pietra, ale nie dlatego, że nie chcę ślubu, w ogóle nie o ślub chodzi. Od wczoraj mam wrażenie że coś się stanie.

-Jesteś za bardzo zestresowana, gadasz głupoty! Co może się stać?

-A może w Vegas się coś stało? Albo stanie, albo nam.

-Na Boga! Przestań! Uspokój się, chłopcy balują, my szalejemy tutaj, potem wszyscy grzecznie położymy się spać, jutro Brian wróci, a za tydzień będziesz już jego żoną! Chodź napij się drinka, bo bredzisz!

   Lauren się trochę uspokoiła, zabawa trwała dalej, ale koło 3 w nocy, wszystkie miały dość. Pożegnały się, zostały same, postanowiły iść do domu na piechotę, rozmawiały i cieszyły się ze swojego towarzystwa, dawno nie miały chwili, żeby pogadać szczerze, bez czyjegoś gumowego ucha. Usłyszały strzały, nadjechał czarny samochód, przebiegł obok jakiś koleś, ci z samochodu chcieli strzelić w niego, ale trafili Lauren, osunęła się po ścianie, na chodnik. Oni odjechali...

-Aaaaaaa... Lauren! - rzuciła się na kolana i patrzyła na przyjaciółkę, która przez chwilę wpatrywała się w blondynkę, po czym straciła przytomność, Hannah próbowała ją ocucić - Lauren, kochana, obudź się, no już wstawaj! - zadzwoniła po pogotowie, kazali jej sprawdzić funkcje życiowe, nie czuła tętna, zaczęła ją reanimować, tamowała krew, bardzo płakała.- Nie rób mi tego, Lauren słyszysz! obudź się! Nie umieraj nie zostawiaj mnie! - ktoś chciał jej pomóc - Zostaw ją! - uciskała klatkę piersiową raz za razem, czekała na pogotowie, zaczął padać deszcz, krew płynęła po chodniku...

8 komentarzy:

  1. czytalam to X lat temu, czytalam to ostatnio i czytam to teraz.... i za kazdym razem koncowka sprawia, ze mam lzy w oczach

    OdpowiedzUsuń
  2. dziewczyny miały pobudkę niczym jak w Hangover.
    w jednym miejscu wkradło się imię 'asia', ale chyba chodziło o laure?
    no mocna końcówka, ale bardzo szybka. ciekawi mnie, czy ją ożywisz, czy bri będzie słomianym wdowcem ;c

    with love,
    z.
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. och nie "Asia" ty łobuzie ;D lecę zmienić.
      Dałam wiecej akcji, żeby na 20 odcinek było ostro! ;D teraz akcja troche zwolni.

      Usuń
  3. "Miało to nastąpić po sylwestrze, symbolicznie w dniu, w którym się pieprzyli, są romantyczni, nie ma co." - a co tam :) może i drugi raz im sie zdarzy :D
    Ojejku chrypliwy śmiech Matta - to jest to co tygryski lubią najbardziej :3
    Końcówka? Przerażenie i łzy w oczach. Cholernie niesprawiedliwe, że dziewczyna musi cierpieć, bo jakiś gość nie trafił w uciekającego tylko w niewinną kobietę.
    Czekam na następne
    Buziaki, Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "to jest to co tygryski lubią najbardziej" <3 najsłodziej!

      Usuń
  4. ZABIJĘ CIĘ KIEDYŚ!!! MIAŁAŚ OSTRZEGAĆ PRZED TAKIMI ROZDZIAŁAMI!
    I serio H., odmówiłaś? Chyba ci się prochy na mózgownicę rzuciły... Okrągła 20 miodzio! Opo jest naprawdę świetne! Oby tak dalej:*
    Buziole, Pat:)
    PS: Te pochwały nie oznaczają, że jak następnym razem mnie nie uprzedzisz o takiej dramie TO CIĘ ZABIJĘ! ^^

    OdpowiedzUsuń