- Wszystko z nią dobrze? Co z dzieckiem?
- A pan ojcem jest?
- No oczywiście! Co z nimi?
- Powinien Pan sobie rurkę przeczyścić, bo dziecko jakieś takie mało jasne jest.
- O czym pan mówi!?... - aż usiadł na krześle z wrażenia.
- Żartuje, tak zestresowanego ojca dawno nie widziałem. Mama zdrowa, dziecko zdrowe, syna pan ma! Za jakieś dwadzieścia minut, będą już na sali. Gratuluje...
- Dziękuje... ja pierdole.- uśmiech nie schodził mu z twarzy!
Minęło 20 minut, 30, 40... Hannah była już na sali ze szkrabem, wyglądała lepiej niż czasem o poranku. Czuła się też świetnie, była szczęśliwa, uśmiechnięta, trzymała syna i głaskała go po główce. Nie mogła się nacieszyć widokiem tego malca, ciągle go całowała i mówiła jak bardzo go kocha. Martwiła się tylko o Matt'a. Może stracił przytomność, jak się dowiedział. Mijały kolejne minuty a nikt nie miał zamiaru do niej przyjść. Po kolejnych dziesięciu minutach ktoś wysłuchał jej próśb, najpierw jeden kosz z różami, drugi, trzeci, czwarty, piąty... kolejny i kolejny. Straciła rachubę kiedy wnieśli dziesiąty, ale było ich znacznie więcej niż dziesięć. Wreszcie wszedł Matt, ze skromną jedną różyczką, podszedł do dziewczyny, nadal tak uroczo się uśmiechał. Nic nie mówił, położył różę na szafce nocnej, pochylił się nad nimi.
- Cześć synku... - łamał mu się głos widząc dziecko, już tu było. - Kocham cie... - poleciały mu łzy, szybko je wytarł, przecież musi być twardzielem. - Hannah, moja mała, dziękuje - ją pocałował najczulej jak umiał. Mały Sanders trochę marudził. Zupełnie jak jego tatuś, tak to wykapany tatuś.
- On chce do ciebie na ręce.
- Przecież ja go zabije... - smerał palcem po jego łapce.
- No w sumie masz racje. Tak maluszek nie pójdzie do tatusia, bo tatuś zgniecie.
- Nie nabijaj się, po prostu się boje nooo. U ciebie jest znacznie bezpieczniejszy.
- No już dobrze, dobrze. Jak zmienisz zdanie to powiedz. Dziękuje za kwiaty - posmerała jego policzek.
- Przestań... ja nie wiem jak tobie się odwdzięczę za to cudo, mój mały synek.
- Mi się tam odwdzięczać nie musisz, miałeś w tym połowę udziału. Przyjemnego udziału.
- Wiesz co? Daj mi go. - ręce mu drżały z przerażenia.
- Żegnaj synku - podałam małego i sama poprawiła się na łóżku.
- Dobrze go trzymam? ... jej nie płacze, lubi mnie.
- Kocha cie. Ja też cię kocham... was, moich dwóch mężczyzn. - Matt usiadł na łóżku obok ukochanej. Troskliwie trzymał małego na rękach, cały czas pytając czy dobrze to robi, był siódmym niebie kiedy maluch zasnął w jego ramionach. Poranek minął im pod znakiem karmienia, przewijania, radości z każdego nawet najmniejszego gestu, jaki wykonywał ten mały człowiek. Około godziny dziesiątej rano, postanowili powiadomić świat o tym, że Sanders Junior jest już na świecie i ma się dobrze. Zadzwonił do rodziców i przyjaciół z zespołu. Rodzicom Hanny wysłał mms`a. Pożegnał się z narzeczoną i pojechał do domu, żeby się ogarnąć i przywieźć jakieś ubrania dla niej i dziecka. Ona w tym czasie zadzwoniła do rodziców, już rezerwowali bilety żeby przylecieć i zobaczyć wnuka. Potem zadzwoniła do Lauren
- Aaaaaaaaa - wykrzyczała blondynce do słuchawki - dlaczego urodziłaś, weź ja czułam, że jak wyjadę to mi zrobisz psikusa. Jak on się ma, zdrowy jest? Na pewno zdrowy i piękny jak mamusia
- Jak tatuś.
- Jak tatuś to on ma co innego, bo po tobie mieć tego nie może. Rany tak się ciesze, Brian jest w sklepie Disneya, kupuje maluszkowi różne rzeczy, aż jestem zazdrosna!
- Tobie biedaku, nic nie kupił?
- Wystarczy że mnie przywlókł do Paryża! Tu jest cudownie. Ale nic się prawie nie zmieniło od tamtych wakacji.
- Eeee,to nie będę namawiać Matta, żeby mnie tam zabrał. A wy kiedy wracacie, myślałam, że pomożesz mi przy zmienianiu pieluch. A ty się szlajasz po europie... zawiodłaś mnie. Słyszałaś, mały stęka.
- Robi kupkę, fuj - zaczęła się śmiać.
- Nie, on nawiązuje kontakt. Jego ojciec tak twierdzi, że namierza kontakt z bazą, czyli mamą.
- Czyli dojarką.
-Wal sie, dobijaj mnie jeszcze bardziej! Ty... ty, nie będę cie obrażać na odległość, mam dość odwagi, żeby stoczyć z tobą walkę jak wrócisz.
- Jestem taka wspaniała, że nic na mnie nie masz, taka jest prawda.
- Ja ci po prostu nakopie to dupy, aż ci but zostanie, o!
- Ej chce mieć dziecko, mój mąż takie ładne rzeczy kupuje.
- No to już, rzuć się na niego, róbcie to w sklepie, na ulicy, na statku, na moście, w hotelu... wszędzie, najlepiej się nie rozłączajcie. A wasze dziecko, poczęte w Paryżu nazwiecie Paris i będzie cud, miód i orzeszki.
- Przegięłaś – parsknęła śmiechem.
- Kochana muszę kończyć, tą jakże miłą rozmowę z tobą, ponieważ moje dziecko domaga się swojej dojarki... a ty się tam rozmnażaj! Ale wróć do mnie!
-Też was kocham, papa.
Jedna zajęła się karmieniem, druga dreptaniem ze swoim mężczyzną ulicami Paryża. On pierwszy raz przyjechał tu z kobietą, którą kocha i w dodatku jest jego żoną. Wcześniej nie robił takich rzeczy, widocznie dopiero Lauren zasługiwała na takie wycieczki. Chciał jej pokazać cały świat, chociaż do tego najlepiej służy globus albo atlas, on wybrał tą inną wersje, jak tylko będę miał wolny czas, wyjeżdżam z moją kobietą! Uroczy jest. Jeszcze bardziej uroczą, a może raczej spontaniczną rzeczą, czy też sytuacją był pocałunek w jakiejś małej uliczce, zaciągnął ją tam, jakby chciał ukryć przed całym światem, jakby bał się, że ktoś możemu ją odebrać. A było wielu kandydatów, francuzi są przystojni. Jednak nawet tuzin francuzów, nie było był dostatecznie dobrych, we wszystkim, tak jak jeden mały Brian. Nastał kres zakupów, wrócili szczęśliwi do hotelu, wzięli wspólny prysznic. Lauren myślała, że to już koniec atrakcji, jednak on miał coś w zanadrzu, poprosił, żeby się ubrała, zeszli na dół, czekał już tam samochód, czarny, mercedes. Szofer zawiózł ich nad przystań, statek, świece, kolacja podczas rejsu. Coś pięknego i cholernie romantycznego. A wiec jednak gwiazda rocka może być romantyczna...czasem nawet bardziej niż jakiś francuski malarz, czy inny pisarz.
Tyyyyyyle słodyczy *.*
OdpowiedzUsuńLekarz ma szczęście, że nie dostał od M. haha. Niech sobie pan rurkę przeczyści xD W końcu kwiatuszki i serduszka, tak za tym tęskniłam <3 M. jest u Ciebie najwspanialszym facetem na świecie. Nawet B. się do niego nie umywa (nie wierzę, że to napisałam -.-). Teraz czekać tylko aż L. sobie maluszka zmajstruje;) Love is in the air <3
Buziole, Pat:)
Oj Lauren chyba się nie doczeka malucha, do końca opo zostało niewiele ;)
OdpowiedzUsuńoczywiscie ze brian jest romantyczny!!!!
OdpowiedzUsuńNAJROMANTYCZNIEJSZY! krzycz!
UsuńNiech Pan sobie rurkę przeczyści? Tekst odcinka!
OdpowiedzUsuńlovee, Sillie