sobota, 18 stycznia 2014

1. Początki bywają trudne.


  Jako, że moja historia była pisana gdy miałam naście lat, to potrzebowała w tej chwili sporego odświeżenia. Poukładania pewnych faktów i dopieszczenia niektórych wątków.
Dawniej miałam jedną czytelniczkę i wiele mogłam opowiedzieć między wierszami. Teraz będzie więcej czytelniczek (mam nadzieję), dlatego chcę to dopieścić.
 Zebrałam w sobie resztki odwagi, nie bądźcie surowe. 
 Jestem amatorką! 
Dwa początkowe rozdziały zostały dopisane niedawno. Powód? Wiele przemyśleń odnośnie historii napisanej parę lat temu. To swego rodzaju dopełnienienie.


Sierpniowe popołudnie. Urząd Stanu Cywilnego, rok 2004.
- Gdzie on jest? Nie dzwonił do ciebie? - Zapytała Laura.
- Nie dzwonił. Mówiłam ci, że nie miałam z nim kontaktu od prawie tygodnia... - Ze łzami w oczach powiedziała blondynka. - On nie przyjdzie, zobaczysz.

- Mówiłam, żebyś go zostawiła. Mówiłam... - Powiedziała podniesionym tonem.

- Zostałabym sama ze wszystkim. Nic nie rozumiesz. - Poleciało jej kilka łez. Nie rozumiała dlaczego w takim dniu została wystawiona do wiatru.

-Przecież go nie kochasz, ciągle jesteś sama. To jest chory związek bez przyszłości. On swoim zachowaniem udowadnia, że też Cie nie kocha, a ty dalej w to brniesz. Więc wytłumacz mi. - Mówiła przez zaciśnięte zęby, żeby nie krzyczeć.

- Dobrze wiesz, że na ślub nalegali jego rodzice. Sama nie wiem już co robić. - Westchnęła zrezygnowana.

- Jak ty się w ogóle czujesz, czujecie? - W jej głosie pojawiła się troska.

- Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że stoję w białej sukience i czekam na cholerny ślub, żeby moje dziecko w oczach innych ludzi nie było bękartem... - Powiedziała to głośniej, a ludzie zgromadzeni niedaleko spojrzeli się na nią.

Odwróciła się do nich plecami, zamknęła oczy, a spod powiek poleciały kolejne łzy. Nie wiedziała już jak wiele chwil spędziła na płakaniu przez niego. Nic do niego nie czuła. Zdradzał ją i otwarcie o tym mówił. To była jedna noc, jeden raz. Gdy powiedziała mu o ciąży wcale się nie przejął. Nie chciała z nim być. Wiedziała, że poradzi sobie sama, ale za namową jego rodziców i swoich stała teraz przed tym cholernym kościołem, a oczy całej społeczności zwrócone są na nią. Nie tak wyobrażała sobie swój ślub. Nie z takim mężczyzną chciała mieć dziecko.
- Bardzo przepraszam, ale za 10 minut przyjedzie druga para. Hania przykro mi, ale myślę, że powinnaś odpuścić. Nie rań samej siebie. - Powiedział urzędnik. Znał młodą dziewczynę, jej rodzinę. Był w dobrych stosunkach z rodziną jej przyszłego męża. Dzięki temu udało się zorganizować ślub w tydzień. Dziewczyna spojrzała na niego ze łzami w oczach, zatrzęsła się jej broda.

- Nie będę się ranić, ma pan racje.... - zbiegła ze schodów urzędu. Łzy przykrywały jej widok na wszystko, usłyszała tylko głos Laury „Hania!”

Dwie godziny później siedziała w wannie ciepłej wody. Nikt jej nie zatrzymał, dobiegła do domu tak szybko, jak nigdy. Szkoda, że nie liczyli jej czasu, z wf-u miałaby zdecydowanie celującą ocenę.

- Hania, córeczko jak się czujesz? - zapytała matka przez drzwi.
- Dobrze, zaraz wyjdę.

- Zejdziesz na kolacje?

- Nie jestem głodna, dziękuje. - usłyszała, że mama odchodzi spod drzwi, wyszła z wody, patrzyła w swoje odbicie w lustrze.

Jasne włosy, ziemista cera, worki pod oczami, obraz nędzy i rozpaczy. Pół roku temu wróciła z odwyku, omal nie przedawkowała narkotyków. Kiepsko zniosła przeprowadzkę, zmianę szkoły, otoczenia. Z rodzinnego miasta wyrwali ją rodzice chcący przeprowadzić się na łono natury. Znaleźli dom idealny. Ona zostawiła przyjaciół, wszystko co znała, trafiła do małej społeczności, a jej rodzina od razu była na świeczniku. Ostoją okazała się Laura. Ona z rodziną przeprowadziła się wcześniej. Mieszkała 3 domy dalej, chodziły razem przez pół roku do klasy, ostatniej liceum. Teraz miały po 22 lata i czekały je ostatnie egzaminy na uczelniach.
- Mamooo... -powiedziała zrezygnowana, widząc otwierające się drzwi.

- Hej, to tylko ja, mogę? - powiedziała przyjaciółka.
- Wejdź, myślałam, że to ona.

- Martwi się, zrozum ją.

- Ja się o ślub nie prosiłam. Ludzie już gadają?

- Nic nie słyszałam. Hania ja wiem, że to nie jest najlepszy moment, ale muszę Ci coś powiedzieć...

- Też spałaś z ojcem mojego dziecka? Przepraszam... przepraszam, poniosło mnie, przepraszam.

- Puszczę to w niepamięć... dostałam wiadomość. Bo wiesz, że pisałam do kilku miejsc w sprawie stażu i w ogóle... pamiętasz prawda?

- No pamiętam, odezwali się i jak? Jakieś dobre wieści?

- I tak i nie... wyjeżdżam. - spojrzała na nią niepewnie.

- Daleko? Gdzie pisałaś? Do Warszawy, tak? I Anglii... - Oglądała swoje paznokcie.

- Do Nowego Jorku... - zobaczyła przerażenie na twarzy przyjaciółki i wiedziała już, że wybrała okropny moment. - Mogłam poczekać wiem, ale … ja … już jutro jadę załatwiać papiery. Chciałam żebyś była przygotowana.

- Gratuluje … marzyłaś o tym. Układa Ci się, to dobrze. Tak, to dobrze... - Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej, położyła na nich głowę i rozpłakała się.

- Proszę... nie płacz, poradzisz sobie.

- Wracaj do domu. Idź! … zostaw mnie … idź sobie IDŹ! - schowała się pod kołdrą.

- Przyjdę jutro, trzymaj się. - wyszła z pokoju. Przy wyjściu zatrzymała ją mama blondynki.

- I jak?

- Pogorszyłam sprawę. Powiedziałem jej o wyjeździe...

- Nie mogłaś poczekać? To był koszmarny dzień.

- Jutro zaczynam sprawę z papierami. Wolę, żeby się przygotowała.

- Ma tylko Ciebie.. no nic poradzimy sobie. Wracaj do domu, a i zapomniałabym, tu zapakowałam przetwory, które chciała twoja mama. - Uśmiechała się ciepło.

- Dziękujemy. Przyjdę jutro. Do widzenia. - Uśmiechnęła się i wyszła.

Wracając do domu myślała o tym, że dobrze będzie wyjechać. Ona sama też niedawno skończyła związek, pozornie szczęśliwy. Cóż, może w tej miejscowości nie było faceta, który nie wsadzałby kutasa w minimum 5 dziurek. Miała wielkie nadzieje związane z wyjazdem, nowym otoczeniem, nowymi ludźmi, pracą.
- Jestem mamo. Pani Alicja dała te przetwory, które chciałaś. - postawiła koszyk w kuchni.
- Podziękowałaś? - rozpakowywała – Jak się czuje panna młoda?

- Podziękowałam, nie mam trzech lat. - westchnęła – powiedziałam jej o wyjeździe...

- Chyba jednak masz 3 lata... dziecko, nie mogłaś poczekać?

- Myślałam, że się ucieszy, odwróci to jej uwagę. Zaraz zacznie się załatwianie papierów wyjazdowych. Nie chciałam jej mówić w ostatniej chwili.

- Mogłaś poczekać chociaż kilka dni. Ona teraz Cię potrzebuje.

- Wiem... nie pomyślałam, że to może zaszkodzić. Może powinnam zostać.

- Nie, nie, nie... nie popadaj w skrajności. To jest Twoja szansa, ona ma tutaj bliskich.

- Wiesz, że ona ciężko znosi zmiany.

- Poradzi sobie, jest silniejsza. Wyjdziesz z psem?

- Tak mamo, już idę. – zawołała psa i wyszła z nim na spacer. Zobaczyła niebieskie światła odbijające się niedaleko. Pomyślała, że to u Nowaków. Ostatnio Pani Stasia chorowała. Gdy podeszła bliżej, widziała płaczącą mamę swojej przyjaciółki. Wszystko działo tak szybko. Pobiegła do domu, wzięła kluczyki do samochodu swojej mamy mówiąc tylko „Hania, karetka, szpital” i ruszyła z piskiem opon. Zadzwoniła do rodziców przyjaciółki. Dowiedziała się, w którym szpitalu będzie. Oni też już jechali. Czekali przed salą, w której była ona razem z psychologiem.

-Wszystko będzie dobrze, prawda? - zapytała Laura omal nie wybuchając płaczem. Czuła się winna, bo może to wiadomość od niej sprawiła, że blondynce było gorzej.
- Musi być dobrze. Ona jest silna. Ona sobie poradzi.

- Państwo jesteście rodzicami Hanny? - spytał już lekko siwy lekarz.

- Tak – odezwała się mama – Co z nią? Co z dzieckiem?

- Ma przetaczaną krew, sporo jej straciła. Czy ona przeżyła jakiś duży stres? Bo sami nie wiemy co mogło wywołać tak silny krwotok, nie ma śladów pobicia.

- Dzisiaj miała brać ślub... - odezwała się przyjaciółka – Wyjdzie z tego? Co z dzieckiem?

- Nie zdołaliśmy uratować tej ciąży. Dotarła do nas... w fatalnym stanie. To 13 tydzień, dziecko było jeszcze za małe... przykro mi. Z państwa córką jest psycholog, który specjalizuje się w takich sprawach. Proszę być dobrej myśli. Będzie teraz potrzebowała sporo wsparcia. Jutro zrobimy kolejne badania i za 3 dni córka wyjdzie ze szpitala.

- Dobrze. - powiedziała mama i usiadła na krześle, znów zalała się łzami. - Dlaczego ją to spotyka?
- Ułoży się, zobaczysz, jeszcze wszystko się ułoży – objął żonę. - Laura, to nie twoja wina, nie myśl w ten sposób.

- Ale ja... ja mogłam poczekać.
- Stało się. Teraz trzeba pomyśleć o przyszłości, nie roztrząsać tego co już się stało.

Wzrok wszystkich skierował się na młodego mężczyznę, który wyszedł z sali.

- Jesteście z rodziny? - zapytał przyjemnym, ciepłym tonem.

- Mogę z nią porozmawiać? - zapytała Laura pełna nadziei.

- Tylko nie za długo, powinna odpocząć. - uśmiechnął się, usiadł przy rodzicach – Możemy teraz chwile porozmawiać?

Laura weszła na salę. Jej przyjaciółka leżała kompletnie nieobecna.

- Przepraszam …
- Za co? …

- Ja niepotrzebnie Ci mówiłam i po prostu myślałam, że przestaniesz myśleć o tym co się dzisiaj stało.

- Ale przecież nic się nie stało. Zostałam tylko panną z brzuchem, a nie... po prostu panną.

- Nie mów tak... wszystko się jeszcze ułoży.

- Tak, wiem. Zaraz do okna zapuka mój książę z bajki i będę z nim żyła długo i szczęśliwie. Przykro mi Asia, ja nie żyje w bajce tak jak ty.

- Jesteś niesprawiedliwa! … nic nie stoi na przeszkodzie, żeby było lepiej.

- Wiem. Zdam egzaminy końcowe, znajdę prace, męża, kochanka, będę przykładną matką i żoną. A potem się obudzę.

- Co mówił lekarz?

- Że będzie dobrze. Jestem zmęczona... mogę zostać już sama?

- Tak, jasne. Ja... mogę przyjść jutro?

- Masz do załatwienia wizę. - Odwróciła się na bok, plecami do przyjaciółki.

- Pamiętaj, że ja zawsze będę Cie wspierać najlepiej jak umiem.

- Wyślij mi kartę z Nowego Jorku. Ja Ci wyślę z Ciechocinka.

- Dobranoc... -wyszła z sali, pożegnała się z rodzicami przyjaciółki.

Gdy wracała do domu myślała o tym czy dobrze robi, że wyjeżdża. Ale przecież nie może ciągle przekładać marzeń nad pomoc komuś, kto sam boi sięgać po swoje.

- Już jestem. - powiedziała cicho. Było późno, ale światło w kuchni się świeciło.
- I jak? Nie mogłam zasnąć – odezwała się mama Laury.

- Jest zła? Obrażona? Nie wiem... ale chyba mnie nienawidzi. Albo po prostu jest zmęczona i jak odpocznie będzie już dobrze. Wygląda marnie Przetaczają jej krew.

- A jak dziecko?

- Straciła je.

- O mój Boże.

- Będzie mogła w końcu pomyśleć o sobie. Zająć się swoim życiem. Idę się położyć, to był koszmarny dzień. Zadzwoń może do jej mamy, jest załamana siedzą w szpitalu z nią. Dobranoc.- Poszła do pokoju. 
 Spojrzała jeszcze raz na list z wytwórni. To jej przyszłość i nowe, lepsze życie. Długo nie mogła zasnąć. Myślała czy jest gotowa na taką zmianę.

4 komentarze:

  1. Miałam ogromną potrzebę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O mamo, biedna Hania! Tyle złego ją spotkało i to w jednym dniu. Dużo dialogów, a to lubię:) Bardziej sensowny komentarz dodam w ostatnim (do tej pory oczywiście) rozdziale. Czytam dalej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OuO tyle ciepłych słów! Czuje się zmotywowana do dalszej edycji tekstu, zostało 69 stron.

      Usuń