- To jest coś ważnego? - spytał lekko potrząsając pudełkiem.
- Tak, to jest bardzo ważne. Możesz zobaczyć co jest w środku. - Hannah wrzucała do worka na śmieci kolejne niepotrzebne rzeczy. Była na głodzie i czuła się potwornie. Dręczył ją ciągły niepokój, oblewały poty, była pobudzona na zmianę z zapadaniem w drzemkę. Zawroty głowy sprawiły, że od dwóch godzin nie wstawała z podłogi, bo nie chciała się przewrócić. Siedziała i skrupulatnie pakowała swoje rzeczy.
- To ... liściki z kwiatów. Nasze rozmowy, drukowałaś je?
- Miałam w pracy darmowe drukowanie dokumentów, wiec czemu nie. Komputery się psuja, internet też może, albo mi umrze poczta i co. A czytając te rozmowy czasem było mi lżej.
- Urocze, czyli to zabieramy? - dziewczyna przytaknęła. - Pomyślałem, że może zaprosimy Lauren i Briana tutaj na wieczór.
- Nie czuje się najlepiej, wiem że to ostatnia noc w Nowym Jorku, ale... sama nie wiem. Mogę nie dać rady. - Westchnęła - zaprosisz ich?
- Pewnie, jak się czujesz? - sprawdził jej czoło, czy nie ma gorączki.
- Jak gówno, niestety. Ale zasłużyłam sobie. Zadzwoń. - cmoknęła go w policzek i składała swoje ubrania.
3 godziny później siedzieli wspólnie. Salon był zawalony kartonami, Hannah sączyła wino i prawie się nie odzywała.
- Możemy porozmawiać? - spytała Lauren i wstała. - Chodź do pokoju.
- Nie możemy być świadkami tej rozmowy? - zapytał ciekawski Brian.
- Wy sobie możecie porozmawiać o rozmiarach kutasów, my mamy poważne tematy do obgadania.
- Jakie? której ile się mieści między nogami? - zadrwił Brian i oberwał od swojej dziewczyny garścią orzeszków. - Żartowałem jejku...
- Chodź Hannah - poszła z przyjaciółką do pokoju, usiadły na łóżku. - Co cie gryzie?
- Powiedz mi, że ja dobrze robię wyjeżdżając stąd.
- Nie możesz zrobić nic lepszego w tej chwili. Hannah my po nowym roku też przyjedziemy do Huntington Beach, a być może gdy chłopcy wyjadą za miesiąc w trasę, to przyjadę do ciebie. Chciałabyś?
- Pewnie, że tak. Po prostu Matt nie powinien już mi pomagać, stwarzam tylko problemy.
- Taka jestem biedna och och... przestań się nad sobą użalać, weź się w końcu w garść, doceń to, że on nadal jest przy tobie. Chce ci pomóc, być blisko, wyprowadzić na prostą. Dostałaś po dupie to fakt, ale płakanie i ciągłe myślenie o tym co było złe, nie poprawi twojej sytuacji. Masz wokół siebie ludzi którzy cie kochają, zawsze chcą ci pomóc. Wiec przestań pieprzyć, weź się za siebie.
- Czy ty mnie właśnie konkretnie zjebałaś? - uśmiechnęła się.
- Wiem, że tylko takim sposobem, można ci coś wyjaśnić, bo głaskanie cię po głowie, niestety nie daje efektów. Trzeba tobą wstrząsnąć.
- A jak ty się czujesz?
- Dobrze, mam małego psa, który sika mi do butów, mam faceta, który nie opuszcza deski, ale kocha mnie więc mu wybaczam. Cieszę się tym co mam i nie myślę o tym co straciłam. Bo to nie pomaga, a tylko psuje mi nastrój. A wiem, że nie mam tak źle... inni miewają gorzej.
- Zawsze to w tobie podziwiałam, to jak radzisz sobie z problemami. Wiesz, że ja też staram się nie chować, ale czasem to nie wychodzi.
- Łatwiej jest się użalać nad sob. Hannah ja rozumiem, ze ty wiele przeszłaś, ale po prostu wydoroślej. Sama mówiłaś, że dopiero zaczyna się nasze dorosłe życie i dorosłe problemy. A facet, którego nie ma przy tobie, bo mieszka gdzie indziej, czy jest w trasie, to nie jest powód do ćpania i staczania się na dno. Ponieważ on cię kocha i nigdy nie potraktował cię tak jak twój poprzedni, niby chłopak. Nie wszyscy są tacy, nie każdy facet, który nie może spędzić z tobą 100% swojego czasu, od razu wkłada kutasa miedzy nogi innej kobiety.
- Już dość, ja rozumiem...
- To jeszcze wykorzystaj to, że rozumiesz, żeby cieszyć się życiem. Bo masz powód.
- Dzięki Lauren, nie bez powodu jesteś moja najlepszą przyjaciółką - przytuliła się.
- Zawsze do usług, mały, uparty gamoniu. - poczochrała jej blond włosy.
Koło 2:00 w nocy pożegnali Briana i Lauren. Sami wzięli prysznic i poszli spać. Z samego rana przyjechał samochód, który miał przewieźć rzeczy Hanny do Kalifornii, a oni sami udali się na lotnisko.
- Uśmiechnij się - powiedział Shadows i pocałował ją.
- Dziękuje, że mnie stąd zabierasz. - Przytuliła się do jego ramienia.
- Od dawna chciałem cię zabrać. To ty protestowałaś.
- Bo byłam głupia.
Lot trwał 5 godzin, taksówką pojechali pod jego dom, był piętrowy, w kolorze piasku, ramy okien ciemne. Przed wejściem kawałek trawy z wysoką palmą.
- Ładny.
- Nie brzmisz przekonująco, wytwórnia zaczęła płacić, wiec zainwestowałem w coś dla nas. - otworzył drzwi.
- Podoba mi się, ale chyba ten gorąc mi doskwiera.
- Przyzwyczaisz się i zaczniesz doceniać. - objął ją i weszli razem do środka. - Czemu się tak przyglądasz? Pajęczyny, wiem... trzeba posprzątać. Nie miałem na to czasu.
-Dlatego mnie tu zabrałeś?
-Nie, no przestań! Chodź pokaże ci twój nowy dom - uśmiechnął się i złapał za rękę.
Po prawej stronie były drzwi prowadzące do garażu, w korytarzu obok schodów były jeszcze jedne drzwi do sypialni. Poszli na górę, tam były dwie sypialnie, jedna z łazienką, druga z łazienką i garderobą. - Jeśli będziesz chciała to można wiele tutaj zmienić, nie chodzi o malowanie czy meble, ale o układ domu. Teraz na dół - Zeszli do kuchni, była przestronna, od salonu odzielała ją tylko spora wyspa kuchenna. Z salonu było wyjście na taras. - Ogród jest w strasznym stanie, lepiej cię tam nie wpuszczę. Podoba ci się?
- Bardzo, Matt ja nie wiem co powiedzieć... tu jest cudownie.
- Zaczniemy lepszy etap razem, w nowym miejscu. Uda się, wiem to.
- Czuje się beznadziejnie, tak mało ci daje.
- Wyprałaś sobie mózg narkotykami! - przytulił ją. - Dajesz mi wszystko czego potrzebuje, a ja chcę cie otoczyć opieką i dać ci wszystko na co sobie zasłużyłaś za to, że mnie pokochałaś.
- To nie było trudne, łatwo cię kochać. Jesteś po prostu dobrym facetem.
- Jak to powiedziałaś, łobuz ale z dobrym sercem. - zaśmiał się chrypliwie. - Wszystko się ułoży, zobaczysz.
- Wezmę się w garść, zobaczysz, będę dla ciebie kimś więcej niż kupą problemów. - Powiedziała Hannah, a Matt złapał ją za policzki i patrzył w oczy. - Co?
- Przestań się tak zachowywać. Tak jakbyś była dla mnie jakimś ciężarem, przestań bo twoje zachowanie boli.
- Przepraszam. Mogę coś ugotować?
- Zamówię jakiś lunch, na co masz ochotę?
- Na ugotowanie nam jedzenia, powiedz tylko, co byś chciał.
- Mamy pustą lodówkę. - podrapał się po głowie.
- No to jedź do sklepu, ja się rozgoszczę.
- Poradzisz sobie?
- Matt, tak. Nie musisz się martwić, nic mi nie będzie. Zajmę się pajęczynami.
- Jesteś jeszcze słaba, odpocznij... - dziewczyna złapała go za policzki, zrobiła mu z ust dzioba i pocałowała, on się uśmiechnął - jeszcze.
- Zachłanny - znów go pocałowała, objął ją i przyciagnał bliżej swojego ciała. Położyła mu dłonie na klatce piersiowej, jego palce zjechały do jej pupy. Zamruczała i zaczęła go całować namiętniej. 15 minut później leżeli nadzy na kanapie, łapiąc oddech. - To było szalone. - Zaśmiała się, a Matt pomyślał, że to jeden z najpiekniejszych dźwięków jakie słyszał ostatnio. Bardzo za tym tęsknił, wiec zaczął ją łaskotać, żeby śmiała się dalej. - NIE! Potworze! - chichotała jak głupia.
- Jeszcze chwile, tak pięknie się śmiejesz - jego palce przebierały sprawnie po jej talii a ona wiła się i śmiała głośno. Dostała całusa w nos - dobra kochana, pójdę do sklepu, co mam kupić?
- Jedzenie, moja pipa pulsuje nadal - zaśmiała się.
- Będziesz długo pamiętać, że byłem w tobie.
- Masz takiego kutasa, że jestem pod wrażeniem, że możesz w ogóle dopiąć spodnie.
- Kupuje w specjalnym sklepie - klepnął ją w tyłek i rechotał pod nosem.
- Ałła!? teraz mi dupa płonie, idź sobie, panie mój kutas jest jak trzecia noga. - chłopak roześmiał się jeszcze bardziej, pocałował je w rozczochrane po seksie włosy. Wstał i ubierał się. - Makaron, pomidory, bazylia, mozzarella... i wracaj szybko.
- Pomasować ci tyłek?
- Mózg sobie pomasuj... - wstała i zbierała ubrania z podłogi.
- Nie złość się, wrócę za 15 minut. - przytulił ja zupełnie nagą, z ubraniami w rękach i czule pocałował. Widząc jej uśmiech pocałował jeszcze raz. - Niech on ci nie znika z twarzy.
- Co ten pypeć przy nosie? - stała przytulona.
- Głuptasie, uśmiech. - smyrał jej plecy - 15 minut ok?
- Czekam - puścił ją i pojechał. A ona się ubrała. Dostała SMS-a, że jest kolejka w sklepie i będzie trochę dłużej. Miała w takim razie więcej czasu, żeby powycierać kurze, poustawiać lepiej jakieś dodatki. Godzinę później jedli makaron z sosem pomidorowym i świeżą bazylią oraz serem. Wieczorem wpadli chłopcy, to był lek na całe zło, ich energia, chęć do życia i szalonej zabawy sprawił, że Hannah kompletnie wyłączyła złe myślenie. Tej nocy, nie przestawała się śmiać.
***
Deszczowy wieczór, Brian wziął psa i poszedł na spacer, Lauren wtulona w koc, z kubkiem herbaty. Liczyła krople deszczu na szybie, zatapiając się w dźwięki muzyki, która leciała gdzieś w tle. Trwała w tym stanie, długo, nie wiedziała ile, ale nagle zrozumiała, że za długo nie ma Briana w domu. Ogarnął ją niepokój, że mogło się stać coś złego. Niedawno w ich dzielnicy kogoś napadli. Gdy po raz kolejny usłyszała automatyczną sekretarkę, jej serce przyspieszyło do niebezpiecznie szybkiego tempa. Wtedy nagle do domu wbiegł roztrzepany pies, który za wszelką cenę chciał zjeść to, co miał przyczepione do szyi.
- Chodź do mnie morderco, gdzie jest twój pan? - zawołała psa, który wskoczył jej na kolana - a co ci się przyczepiło? - chwyciła małe pudełeczko, przyczepione do obroży - Brian?
- Zaraz przyjdę.- starał się odratować kwiatki, które połamał.
- Czekaj, nie ruszaj się, pokaż co tam masz. - otworzyła i zamarła - BRIAN!
Wyszedł niepewnie z połamanymi kwiatkami, stanął przed nią. Był przemoczony, wglądał jak ofiara losu.
- Co, co, co to ma być? - wyjąkała.
- Pierścionek a to kwiaty, ale je połamałem, przepraszam. - rzucił się na kolana - Ja cię tak bardzo kocham! Nie mogę już wytrzymać! ... Wyjdziesz za mnie? - z włosów kapała mu deszczówka. A uśmiech na twarzy z każdą sekundą wyczekiwania na odpowiedź malał.
- Ja....ja. - wydusiła z siebie - O kurwa! Ja. Ale? - spojrzała na niego, a na jej sercu zrobiło się tak ciepło i miło. Wiedziała, że to jest ten jedyny. Jego kocha, on ją też i dba jak o największy skarb w swoim życiu. Znali się krótko, ale co to za problem, mają pełno czasu - TAK! Tak, tak, tak...- rzuciła mu się na szyje, leżeli na ziemi, całowali się.- Czy ty wiesz co zrobiłeś?
-Wiem i wcale nie żałuje!- wstali, Brian wziął pierścionek i założył jej.- podoba ci się?
-Jest śliczny, w ogóle to powinnam cię zabić, omal nie umarłam od tej niespodzianki! Kocham cię głupku.
-Dzięki, ale to ostatnie mogłaś sobie oszczędzić.- Tulił ją.
- Pieprz mnie teraz... - wyszeptała mu do ucha.
- Z przyjemnością, narzeczono - wziął ją tu i teraz, zaczął całować, ona jęknęła mu do ust z zaskoczenia i wielkiej przyjemności jaką jej dawał, manewrując sowim językiem w jej ustach.
Rozebrał ją z bluzki, a następnie zanurzył twarz w jej biuście, rozkoszując się miękką i ciepłą skórą jej piersi. Szybkim ruchem rozpiął sprzączki jej biustonosza, który upadł na podłogę, obnażając jej, jędrne piersi, unoszące się w rytm jej szybkiego, podnieconego oddechu. Objął każdą z piersi dłonią, wyczuwając twarde z podniecenia sutki i pocałował ją mocno w usta. Całując, jego ręka powędrowała w dół, pod materiał jej spodni. Pieścił chwilę jej miękką cipkę przez materiał majteczek, a następnie ona, wyraźnie spiesząc się z podniecenia opuściła spodnie, odsłaniając beżowe majteczki, dobrane w komplecie ze stanikiem. Siłował się przez chwilę z jej majtkami, aż wreszcie zerwał je z jej, nie przerywając całowania, zanurzył palec w jej mokrej szparce. Jęknęła przeciągle, przygryzając ekko usta z rozkoszy i ponownie z pełną stanowczością nakazała mu wejść w nią. Nie zmieniając pozycji, rozchylił dłonią jej cipkę i włożył w nią penisa, który wśliznął się głęboko. Jęknęła tym razem głośno, odchyliła głowę do tyłu, wczepiła się w niego ramionami i pociągnęła go mocno do siebie, nadziewając się na jego członka. Chwycił ją dłońmi za piersi zaczął rytmicznie poruszać biodrami, wypełniając ją kolejnymi posunięciami. Spoglądał na nią z zachwytem, oddawała się teraz całkowicie jemu, a jej piersi falowały rytmicznie z każdym pchnięciem. Jej cipka była przyjemnie mokra, śliska i gorąca i oddając się przyjemności, wsadzał w nią penisa coraz szybciej i szybciej. Czując narastającą przyjemność, sam zaczął mruczeć z rozkoszy, masując jej piersi. Nagle Lauren krzyknęła z rozkoszy, zaciskając mocno palce na jego ramionach, a uda oplatając wokół jego ud. Poczuł jak jej wnętrze zaciska się rytmicznie wokół jego penisa w spazmach orgazmu i po chwili sam, nie mogąc już dłużej wytrzymać narastającej przyjemności, szczytując, wystrzelił ładunek nasienia głęboko w jej gorącą cipkę. Oparła się na nim bezwładnie, jakby uleciały z niej siły które zużyła na namiętny seks, ciężko oddychając i mrucząc mu do ucha, że się dobrze spisał. Gdy znaleźli w sobie resztki sił, poszli na górę pod prysznic, orzeźwieni letnią wodą, mieli na łóżku drugą rundę.
DWA W JEDNYM! :)
OdpowiedzUsuńi jeszcze te zaręczyny, no po prostu cudo :)
Matt jest taki kochany, że pomógł Hannie <3
Czekam na kolejne,
Buziaki, Dorota
Wszystko zmierza ku lepszemu ;3
UsuńMoja BFF powiedziała, że moje hotty w porównaniu do Twoich są strasznie zabawne i ogólnie to czysta zajebistość u Ciebie (w sumie to się z nią zgadzam^^).
OdpowiedzUsuń"Taka jestem biedna och och... przestań się nad sobą użalać, weź się w końcu w garść, doceń to, że on nadal jest przy tobie." za to zdanie Cię kocham! Za hotta kocham Cię jeszcze bardziej! Pomijając fakt, że poprzedni rozdział złamał mi na chwilę serce, to Cię uwielbiam:)
WIĘCEJ!!! <3
Buziole, Pat:)
Lauren umie postawić do pionu ;D Więcej będzie późnym wieczorem, w nocy lub jutro rano. Mam dzisiaj ważne zadanie do zrobienia. (i nie to nie jest Opowiadanie ;D pieke babeczki)
UsuńBo lauren jest super! :D
Usuń- Czy ty mnie właśnie konkretnie zjebałaś? - uśmiechnęła się.
OdpowiedzUsuńSkąd wy znacie takie teksty? Ja w swoim zasnobieniu już kompletnie pierniczeje.
Matt w tym opo jest lekiem na moje mordercze zapędy wobec niego. Słodki, kochany, troskliwy, etcetera :)
lovee, Sillie
"mam faceta, który nie opuszcza deski, ale kocha mnie więc mu wybaczam." - tak, dokładnie. ;D
OdpowiedzUsuńseksy, dużo seksów!
with love,
z.
<3